Boczuś na bok
Wiele rodzajów diet istnienie na tym świecie. Związane są ze smakiem, zdrowiem, stylem życia i zasadami, które dana jednostka stara się przestrzegać. Niektóre osoby nigdy w życiu, za żadne skarby świata, nie tkną szpinaku, gotowanych jajek czy oliwek. Inni żegnają się ze swoimi ulubionymi orzechami, pomidorami i jabłkami, które są przyczyną ich alergii pokarmowych. Jeszcze inni natomiast muszą uważać ze słodyczami, ze względu na swoją cukrzycę. Zdarzają się też ludzie, którzy żywią się wyłącznie energią kosmosu. Ja nie jem mięsa.
Legend i opowieści narosłych wokół wegetarianizmu spokojnie wystarczyłoby do napisania co najmniej trzech nowych “Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Dysputy, które cały czas toczą się w internecie czy przy stołach – podczas spotkań rodzinnych – pokazują jak wiele osób przyjmuje wszystkie zasłyszane gdzieś pokątnie informacje za jedyną i słuszną prawdę, a przecież tak niewiele trzeba by samemu to wszystko zweryfikować. Ja chciałbym się, mam nadzieję obiektywnie, rozprawić z kilkoma stereotypami.
Powszechnie panuje przekonanie, że niejedzenie mięsa powoduje, że do organizmu nie trafia wystarczająca ilość składników mineralnych – w szczególności braki występują w żelazie, czego następstwem może być anemia. Oczywiście, że takie sytuacje się zdarzają, jednak niewiele ma to wspólnego z prostą implikacją nie jem mięsa ergo mam niedobory. Sprawa jest troszkę bardziej skomplikowana. Po pierwsze, przyswajanie składników mineralnych zależy od konkretnego organizmu, niektóre łatwo pobierają nawet śladowe ilości, inne, pomimo dużej dawki, nie dają rady wyciągnąć potrzebnej porcji. Po drugie, sama dieta bywa bardzo często źle dobrana, a zaprzestanie spożywania mięsa powoduje, że ciało człowieka nie ma z czego brać, potrzebnych do jego normalnego funkcjonowania, składników. Problem więc leży w dobrze zbilansowanej diecie – która jak widać, powinna być ustala indywidualnie.
Druga sprawa: da się żyć bez schabowego i szyneczki! Wiem, że może to być szokujące, ale tak to wygląda – da się! I co więcej, jest ono równie przyjemne. Nie wiem z czego wynika to wielkie politowanie nad wegetarianami, szczególnie ze strony różnych babć i ciotek – które zachowują się jakbyśmy stracili sens życia i prawdopodobnie chcieli popełnić samobójstwo. Nie martwcie się, zdajemy sobie sprawę z tego, że istnieją sklepy, w których – jeśli tylko najdzie nas na to ochota – bez problemu kupimy sobie żywiecką, boczusia czy smalec ze skwarkami. Nie męczcie więc, nie wypytujcie ciągle czym my to wszystko zastępujemy, a przede wszystkim nie traktujcie tego jako awersję do Was! To jest związane li tylko z nami samymi, my do Was naprawdę nic nie mamy, jesteście kochani i cudownie gotujecie.
Kolejna rzecz, to myślenie, że chcemy namawiać do przejścia na “naszą stronę”. Nas nie interesuje co sobie jecie, nie zaglądamy do Waszych talerzy i tego samego oczekujemy od Was. Jedzcie co lubicie, nie jedzcie czego nie lubicie, ale dajcie nam prawo decydowania o tym co my będziemy spożywać. Możemy siedzieć przy jednym stoliku! Wbrew pozorom nie reagujemy na smażonego kurczaka jak diabeł na wodę święconą, nie boimy się mięsa, nie wywołuje u nas agresji, ani ataków epilepsji. Tak samo Wy nie powinniście się bać kanapki z samą sałatą i serem. Ona nie gryzie i nie jest nosicielką dżumy czy innych śmiertelnych chorób.
Zapraszanie nas do siebie nie musi się wiązać z wyszukiwaniem wykwintnych potraw (chociaż oczywiście jest to bardzo miłe). Po prostu wyobraźcie sobie, że w Waszej kuchni nie ma nic mięsnego. Co Wy byście wtedy zrobili sobie do jedzenia, to i nam pasować będzie. Serio! Nie musicie stosować oryginalnych indyjskich przypraw, przygotowywać marynowanego tofu czy sałatki z kiełków i wodorostów.
Pamiętajcie – zdarzają się przypadki, że jakiś wegetarianin w sklepie mięsnym odmawia “wieczny odpoczynek”, ale proszę, traktujcie to z przymrużeniem oka. To, że nie jemy zwierzątek, nie znaczy, że straciliśmy poczucie humoru. Z miłą chęcią wysłuchamy dowcipów na nasz temat, byle były one rzeczywiście śmieszne.
Smacznego!