Pamiętajcie o ogrodach

18 sierpień, 2009 at 10:36 pm (coś mojego, kulinaria) (, , , , , )

Pomidor

Koktajlowy

Tytułem wstępu należy się słowo wyjaśnienia. Chociaż w tej notce miał pojawić się kolejny pomysł na pub – nie pojawi się. Postaram się to wytłumaczyć niebawem, na razie jednak pozostaje mi tylko prosić o wybaczenie. A tymczasem przejdę do zagadnienia głównego.

Jak wspominałem wcześniej,  rzuciła natura mi się na umysł. Po dłuższym czasie udało mi przejść się od idei do faktów poczynionych. Jak się okazało, nie wystarczy wsadzić sadzonki do ziemi, by wyhodować czerwone, warzywne dobra. Pomidory są dość kapryśne, trzeba je przenosić z miejsca na miejsce – by odsłonić od wiatru, przyczepić do tyczek – by łodygi się nie złamały pod wpływem ciężaru, podlewać – ale nie przelać, wystawić na słońce – ale nie na długo itd., w skrócie trzeba uczynić takie sisowe przytulić, dać kawy, kupić nowe kolczyki. Wydawałoby się, że to przecież zwykłe ogrodnicze oporządki, prawda jednak okazuje się zupełnie inna.

Pierwszym problem było znalezienie nosiciela-rozpłodnika, który pomógłby w zawiązaniu się owoców. A wierzcie mi, że namierzenie takowego, na 3 piętrze w bloku, w okolicach Biedronki i studium kosmetycznego, przy ruchliwej ulicy i głośnym dość podwórzu, nie należy do zadań łatwych. Po czatowaniu dłuższy czas na latające tałatajstwo, po życiu w ciągłym napięciu, że może kiedyś, że może gdzieś, wziąłem sprawę w swoje ręce. A konkretniej patyczki. Te do uszy.

Ponoć kazirodztwo nie sprzyja dobremu rozwojowi gatunku, a owoce poczęcia takowego są raczej mizerne, ja jednak z pełną determinacją latałem – w zastępstwie tych tałatajstw, które nie raczyły się pojawić – z patyczkami, od kwiatka do kwiatka, wciskając je gdzie popadnie, by tylko udało się przenieść jakieś gamety i by narodziło się nowe życie. Jak się okazało Natura zdaje sobie sprawę, kiedy ktoś nieodpowiedni zabiera się za jej robotę, i by jeszcze perfidniej zagrać mi na nosie, tuż po moim patyczkowaniu, przysłała posiłki w postaci dwóch os. Od tej pory, niemal co dzień, pojawiały się jakieś stworzonka, które hulały sobie w roślinach mych. Niebawem pojawiły się pierwsze zawiązki pomidorów. Jak się okazało, na tym problemy się nie skończyły.

Wtórny

Wtórny

Gdy pierworodny się pojawił, zacząłem bacznie obserwować jego rozwój, odchylać liście i doglądać w pełni. I tak dzień za dniem. Nie wiem, może okazałem się złym rodzicem, może nadopiekuńczym, w każdym razie pierworodny zniknął w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Wybrał wolność, zostawiając na pastwę samotności łodyżkę, z którą od początku życia swego rósł i dojrzewał. Od tej pory nic nie było takie samo. Być może reszta pomidorów poczuła wyrzuty sumienia, bo przestały się dąsać i zaczęły rosnąć jak na drożdżach i niebawem dokonałem pierwszego, komisyjnego zjedzenia koktajlowego.

Po pierworodnym zostało tylko wspomnienie, a jego miejsce zajął wtórny, który budził coraz większe zainteresowanie domowników i gości. W związku z coraz częstszymi pytaniami o możliwość wpałaszowania ich przez gości (wszak jak sami stwierdzali – są gośćmi i mają większe prawa) postanowiłem zabrać wtórnego z ich oczu. Po krótkim pobycie w lodówce, skończył swój żywot na kanapkach. I muszę to stwierdzić, to były najsmaczniejsze kanapki, jakie ostatnimi czasy dane mi było jeść.

Co dziwne, jak dotąd papryka nie sprawiała większych problemów. Może jednak płcie żeńskie są łatwiejsze w wychowaniu? W spokoju i swoim własnym czasie pojawiły się na niej kwiaty, potem – bez użycia patyczków – pojawiły się owoce. Nie grymasiła, nie przeszkadzał jej nadmiar słońca lub jego niedobór. Dzielnie stawała w szranki z wiatrem, opierając się pogodzie bez jakichkolwiek wspomagaczy – jak choćby tyczek podpierających. Czas – a mam nadzieję, że niezbyt długi – pokaże co z tego wszystkiego wyrośnie. Na razie, jak na czerwoną paprykę, jest trochę za zielona, podejrzewam też – wszystko przez to, że sis od czasu do czasu, pozwalała sobie na prowadzenie z nią damskich rozmów – że po osiągnięciu pewnego wieku, zacznie się buntować, a moje marzenie co do przyszłości papryki, zostaną obrócone w pył. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Zresztą warzywa to nie wszystko, czym się zająłem.

Papryka

Papryka

Udało mi się zamknąć w słoikach płody drzew i krzaków. Chociaż początkowo miałem nadzieję na Fragaria ×ananassa Duchesne, sytuacja na rynku szybko zburzyła moje plany – truskawki w dość krótkim czasie zniknęły ze stoisk. Pozostało mi więc przyjrzeć się innym owocom. Padło na jagody. Na szczęście nie było z nimi żadnych problemów, a po umyciu i wrzuceniu na patelnię z cukrem żelującym, miałem właściwie gotowy dżem. Całej sprawie pomogło też dostarczenie z działek pół wiadra wiśni i tyleż jabłek. Z nimi było już trochę więcej zabawy. Okazało się, że drylownica spełnia bardziej funkcję zabawową – rozpryskiwania wszystkiego na wszystkie strony – niż zwyczajne pozbawienie pestek. Trzeba było więc wrócić do korzeni i obudzić w sobie Amisza. Poszedłem więc po rozum do głowy i widelec do szuflady, i zająłem się wywlekaniem twardych wnętrzności wiśni. Jak można było się spodziewać, poszło to o wiele sprawniej. Na dzień dzisiejszy mam już siedem słoików z dżemami, które to stoją sobie grzecznie w szafce, czekając na gorsze, zimowe czasy.

By tego wszystkie było mało zabrałem się też za nabiał. Krów jeszcze nie posiadam, nie sądzę też by one same jakoś bardzo pragnęły zostać mieszczankami, szczególne, że w panujących warunkach przyblokowych większa jest szansa, że zaczną pić piwo w miejsce wody, a trawę zamiast spożywać kręcąc mordą, zaczną palić. Niemniej coś zrobić trzeba było.

Na pierwszy rzut poszedł kefir, od pewnego jednak czasu tworzenie go nie przysparza mi tyle przyjemności co kiedyś, zwłaszcza, że bez problemu każda osoba z dostępem do sklepu umiałaby go zrobić. Trzeba było więc uczynić kolejny krok. Po porannym przejrzeniu różnych stron i forów internetowych postanowiłem, że wykorzystam skitrane kefiry do znacznie wznioślejszych celów, niż tylko łechtanie moich kubków smakowych. Po powrocie z pracy i odwiedzeniu apteki przystąpiłem do zadania. Wyciągnąłem gar, wlałem do niego kefir i zacząłem podgrzewać. Po pewnym czasie było widać jak grudki białka oddzielają się od reszty płynu. Teraz nie pozostawało nic innego, jak odcedzić, niestety gaza okazała się zbyt mała. Nastąpiła bardzo szybka zmiana na zwykłą ścierkę, rzecz jasna, nie obyło się bez zachlapania połowy kuchni serwatką. Niemniej po kilkunastu minutach, kilkudziesięciu wyciskaniach i tysiącach kropel osiągnąłem sukces. Zrobiłem swój własny twaróg.

Twaróg

Twaróg

W tej chwili nie pozostaje nic innego, jak poczekać aż koktajlowe wystarczająco dojrzeją – co mam nadzieję nastąpi już jutro – by móc je spożyć wraz z owym twarogiem. Potem przyjdzie czas na realizację kolejnych planów: ogórki małosolne oraz masło (by nie było wątpliwości – oddzielnie). Żyć nie umierać.

Na koniec piosenka, którą z pewnością niebawem będę też mógł zaśpiewać, wszak jesień coraz bliżej.

Udanej reszty wakacji.

Bezpośredni odnośnik 6 komentarzy

Back to the primitive

29 maj, 2009 at 7:24 pm (coś mojego) (, , , , )

Od pewnego czasu zaczynam zauważać u siebie symptomy starzenia się. Potrzeba picia kawy w pracy czy potrzeba drzemki po pracy – to jeszcze mogę zrozumieć. Pierwsze obawy co do mojego zachowania pojawiły się wraz z niechęcią do jeżdżenia z tabunem ludzi woodstockowymi pociągami. Chociaż ma to swoje minusy – niemożność delektowania się smakiem piwa od wczesnych godzin podróżniczych – wolę wybierać się na takie wojaże autem. Szczytem mojego zdziadzienia był zeszłoroczny festiwal w Jarocinie, na który przez trzy dni, co dzień, wybierałem się autem i późnymi wieczorami chyłkiem udawałem się z niego w domowe pielesz i domowy prysznic. Na tym niestety nie koniec, zaczynam odczuwać jakąś bliżej niesprecyzowaną potrzebę jedności z naturą. Cokolwiek dziwną, bo okraszoną sympatią do piwnicy i balkonu.

Sporo czasu temu potraktowałem kilka gruszek i jabłek ciut kwaśnawych cynamonem, cukrem i goździkami, zapewniając im dłuższy termin przydatności pod postacią dżemiku jednosłoikowego. Następnie przyszedł czas na ogórki gruntowe, które to aromatyzowane czosnkiem, chrzanem i koprem zamieniłem w przegrychy małosolne. Żeby tego było mało, zacząłem siać rzeżuchę, kiełkować ziarna warzyw przeróżnych, utrzymywać przy życiu bazylię w doniczce czy upajać cebulę by rosła w górę swą zielenią.Osiągnąłem pierwszy stopień wtajemniczenia amiszowego.

Raz spróbowałem upiec chleb, z mąki pierwszego rodzaju orkiszowej, który to chleb, mimo mieniącej się na złoto skórki ostał się zakalcem. Nie schłodziło to moich zapędów, potraktowałem to jako lekcję pokory cnotliwej i wróciłem do swoich zapędów małorolniczych. Najwyraźniej świat nie był gotowy na moje piekarnicze cele, o czym nie omieszkał poinformować

W tym roku starość ma wypłynęła dżemami, kompotami i sokami. No może jeszcze niezrealizowanych empirycznie, ale objawiających się światłością idei swych i ukierunkowaniem do czego. Od zjedzenia pierwszej tegorocznej truskawki smakowitej zacząłem imać się pracy szpiega i informatora w jednej postaci. Jadąc autobusem, na rowerze czy przemieszczając się w sposób pieszy, ukierunkowuję swe oczęta na ceny tych zacnych darów przyrody i szacuję ile jeszcze czasu minie, bym był w stanie finansowym kupić je w wadze około 50 kg. Wizja jednoczesnego słodzenia i duszenia owych truskawek, traktowaniem ich patelnią gorącą czy zamknięciem w szklanych domach i usadowieniem w bezświetlnych katakumbach naszego bloku daje jakąś dziwną, perwersyjną, sadystyczną przyjemność. Szczególnie, że owoce pracy swej mam zamiar skonsumować gdzieś w okolicach zimy.

Moje starzenie się nie jest tylko związane z chomikowaniem, ale co gorsza z powrotem do korzeni i to w wersji absolutnie niemetaforycznej – zakupiłem sadzonki. Na początek skromnie, bo tylko 3 sadzonki pomidorów i 1 sadzonkę papryki czerwonej, by sprawdzić jak sobie z nimi poradzę i czy świat jest na to przygotowany. W dniu dzisiejszym odwiedziłem sklep ogrodniczy, w którym wymieniłem swe pieniądze na 4 duże doniczki z podstawkami oraz 25l ziemi uniwersalnej. Chociaż balkon zaczął się mienić czarnoziemem, rośliny mają w końcu więcej przestrzeni by rozwijać się, rosnąć i – mam nadzieję – owocować pełnią siebie. Jeśli test rozwoju przejdę pomyślnie, zabiorę się za doniczkowanie ziół przeróżnych. A potem? Kto wie? Całe lato przede mną, a przecież i jagody się zjawią i jeżyny i grzyby.

I chociaż niektóre osoby obawiają się czy aby nie zacznę tworzyć własnego obornika, i chociaż ja obawiam się czy na końcu nie wyląduje w postaci wizerunku u dołu, to muszę jednak stwierdzić, że starość to nie jest taka wielka trwoga.

Amiszowie w rzeczy samej

Bezpośredni odnośnik 10 komentarzy

Boczuś na bok

8 czerwiec, 2008 at 10:33 am (coś mojego) (, , , , )

Wiele rodzajów diet istnienie na tym świecie. Związane są ze smakiem, zdrowiem, stylem życia i zasadami, które dana jednostka stara się przestrzegać. Niektóre osoby nigdy w życiu, za żadne skarby świata, nie tkną szpinaku, gotowanych jajek czy oliwek. Inni żegnają się ze swoimi ulubionymi orzechami, pomidorami i jabłkami, które są przyczyną ich alergii pokarmowych. Jeszcze inni natomiast muszą uważać ze słodyczami, ze względu na swoją cukrzycę. Zdarzają się też ludzie, którzy żywią się wyłącznie energią kosmosu. Ja nie jem mięsa.

Legend i opowieści narosłych wokół wegetarianizmu spokojnie wystarczyłoby do napisania co najmniej trzech nowych “Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Dysputy, które cały czas toczą się w internecie czy przy stołach – podczas spotkań rodzinnych – pokazują jak wiele osób przyjmuje wszystkie zasłyszane gdzieś pokątnie informacje za jedyną i słuszną prawdę, a przecież tak niewiele trzeba by samemu to wszystko zweryfikować. Ja chciałbym się, mam nadzieję obiektywnie, rozprawić z kilkoma stereotypami.

Powszechnie panuje przekonanie, że niejedzenie mięsa powoduje, że do organizmu nie trafia wystarczająca ilość składników mineralnych – w szczególności braki występują w żelazie, czego następstwem może być anemia. Oczywiście, że takie sytuacje się zdarzają, jednak niewiele ma to wspólnego z prostą implikacją nie jem mięsa ergo mam niedobory. Sprawa jest troszkę bardziej skomplikowana. Po pierwsze, przyswajanie składników mineralnych zależy od konkretnego organizmu, niektóre łatwo pobierają nawet śladowe ilości, inne, pomimo dużej dawki, nie dają rady wyciągnąć potrzebnej porcji. Po drugie, sama dieta bywa bardzo często źle dobrana, a zaprzestanie spożywania mięsa powoduje, że ciało człowieka nie ma z czego brać, potrzebnych do jego normalnego funkcjonowania, składników. Problem więc leży w dobrze zbilansowanej diecie – która jak widać, powinna być ustala indywidualnie.

Druga sprawa: da się żyć bez schabowego i szyneczki! Wiem, że może to być szokujące, ale tak to wygląda – da się! I co więcej, jest ono równie przyjemne. Nie wiem z czego wynika to wielkie politowanie nad wegetarianami, szczególnie ze strony różnych babć i ciotek – które zachowują się jakbyśmy stracili sens życia i prawdopodobnie chcieli popełnić samobójstwo. Nie martwcie się, zdajemy sobie sprawę z tego, że istnieją sklepy, w których – jeśli tylko najdzie nas na to ochota – bez problemu kupimy sobie żywiecką, boczusia czy smalec ze skwarkami. Nie męczcie więc, nie wypytujcie ciągle czym my to wszystko zastępujemy, a przede wszystkim nie traktujcie tego jako awersję do Was! To jest związane li tylko z nami samymi, my do Was naprawdę nic nie mamy, jesteście kochani i cudownie gotujecie.

Kolejna rzecz, to myślenie, że chcemy namawiać do przejścia na “naszą stronę”. Nas nie interesuje co sobie jecie, nie zaglądamy do Waszych talerzy i tego samego oczekujemy od Was. Jedzcie co lubicie, nie jedzcie czego nie lubicie, ale dajcie nam prawo decydowania o tym co my będziemy spożywać. Możemy siedzieć przy jednym stoliku! Wbrew pozorom nie reagujemy na smażonego kurczaka jak diabeł na wodę święconą, nie boimy się mięsa, nie wywołuje u nas agresji, ani ataków epilepsji. Tak samo Wy nie powinniście się bać kanapki z samą sałatą i serem. Ona nie gryzie i nie jest nosicielką dżumy czy innych śmiertelnych chorób.

Zapraszanie nas do siebie nie musi się wiązać z wyszukiwaniem wykwintnych potraw (chociaż oczywiście jest to bardzo miłe). Po prostu wyobraźcie sobie, że w Waszej kuchni nie ma nic mięsnego. Co Wy byście wtedy zrobili sobie do jedzenia, to i nam pasować będzie. Serio! Nie musicie stosować oryginalnych indyjskich przypraw, przygotowywać marynowanego tofu czy sałatki z kiełków i wodorostów.

Pamiętajcie – zdarzają się przypadki, że jakiś wegetarianin w sklepie mięsnym odmawia “wieczny odpoczynek”, ale proszę, traktujcie to z przymrużeniem oka. To, że nie jemy zwierzątek, nie znaczy, że straciliśmy poczucie humoru. Z miłą chęcią wysłuchamy dowcipów na nasz temat, byle były one rzeczywiście śmieszne.

Smacznego!

Bezpośredni odnośnik 14 komentarzy

Potęga smaku

8 czerwiec, 2008 at 1:45 am (coś czyjegoś) (, , , , , )

Ponoć w książkach zawarta jest prawda, a nawet jeśli nie, to z pewnością jakieś jej ziarenka – tak mi wmawiano od maleńkości. Jednak z całą stanowczością muszę to napisać: Paulo Coelho kłamie! W końcu czymże jest stwierdzenie w Alchemiku, że “jeśli czegoś bardzo pragniesz to cały Wszechświat działa potajemnie byś mógł to osiągnąć”, jak nie wierutną bzdurą? Sesja tuż za winklem, a ja zamiast się uczyć, piszę właśnie tę notkę. A ja naprawdę chcę zdać te wszystkie egzaminy, dostać z nich piątki i w końcu sięgnąć po tę nagrodę w postaci stypendium naukowego. Najwyraźniej rzeczywistość dookoła mnie ma inne plany: pogoda ewidentnie nie sprzyja, dziwnym trafem akurat teraz zaczęły się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, w tym samym czasie spotkałem się na forum Armii z określeniem – prokrastynacja[1] – które idealnie pasuje do mojego teraźniejszego zachowania i zaczynam się zastanawiać, czy aby nie trzeba mi wybrać się do lekarza na leczenie.

Niemniej udało mi się wysupłać jakąś ilość czasu – niewiele bo niewiele: koło 7 godzin – by pojeździć dzisiaj po mieście szukając wykładziny do pokoju. Przemieszczając się na trasie M1->IKEA->KOMFORT->M1 napotkałem na stoiska z tzw. ekologiczną żywnością. No i co można począć w takiej sytuacji, jak nie oddać się chwili zapomnienia i popróbować wszystkich tych smakowicie wyglądających produktów? Mnóstwo rodzajów chleba, sery przeróżne, pieróg biłgorajski ze swojskim sosem z pieczarek, wypieki i naprawdę masę innych rzeczy, które samym wyglądem (a z bliska to i zapachem) nęcą, kuszą i namawiają: “Zjedz mnie!! Jestem twój, zjedz mnie!!”.

Wydawać by się mogło, że sis ma rację twierdząc, że nie ma prawdziwego smaku, a wszystko co sobie wyobrażamy czekając na pojawienie się sezonowych owoców i warzyw, to zaledwie idee. Jednakowoż po wszamaniu wymienionych potraw muszę zaoponować – istnieją ich rzeczywiste, empiryczne realizacje. Szczerze powiedziawszy, nie wiem z czego to wynika, może tak naprawdę te wszystkie konserwanty, benzoesany sodu i E-liczby to jedna wielka ściema, a częste spożywanie ich prowadzi do nałogu – a co za tym idzie przewlekłych chorób płuc i serca – i potrzeby jak największego wprowadzania ich do organizmu, przez co zatracamy pamięć prawdziwych smaków? Dopóki jednak istnieją te wszystkie gospodarstwa ekologiczne, które nie korzystają z nowinek technicznych i w sposób naturalny, pierwotny zajmują się hodowlą, rolnictwem, przetwórstwem, doputy jest nadzieja, że nie zapomnimy.

Będzie takie lato, policja będzie taka uprzejma, straż pożarna będzie szybka i sprawna, a wódka będzie taka zimna i pożywna[2].


[1] W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa nazywana “syndromem studenta”.

[2] Nawiązanie do utworu “Filandia” zespołu Świetliki.

Bezpośredni odnośnik 14 komentarzy