Back to the primitive
Od pewnego czasu zaczynam zauważać u siebie symptomy starzenia się. Potrzeba picia kawy w pracy czy potrzeba drzemki po pracy – to jeszcze mogę zrozumieć. Pierwsze obawy co do mojego zachowania pojawiły się wraz z niechęcią do jeżdżenia z tabunem ludzi woodstockowymi pociągami. Chociaż ma to swoje minusy – niemożność delektowania się smakiem piwa od wczesnych godzin podróżniczych – wolę wybierać się na takie wojaże autem. Szczytem mojego zdziadzienia był zeszłoroczny festiwal w Jarocinie, na który przez trzy dni, co dzień, wybierałem się autem i późnymi wieczorami chyłkiem udawałem się z niego w domowe pielesz i domowy prysznic. Na tym niestety nie koniec, zaczynam odczuwać jakąś bliżej niesprecyzowaną potrzebę jedności z naturą. Cokolwiek dziwną, bo okraszoną sympatią do piwnicy i balkonu.
Sporo czasu temu potraktowałem kilka gruszek i jabłek ciut kwaśnawych cynamonem, cukrem i goździkami, zapewniając im dłuższy termin przydatności pod postacią dżemiku jednosłoikowego. Następnie przyszedł czas na ogórki gruntowe, które to aromatyzowane czosnkiem, chrzanem i koprem zamieniłem w przegrychy małosolne. Żeby tego było mało, zacząłem siać rzeżuchę, kiełkować ziarna warzyw przeróżnych, utrzymywać przy życiu bazylię w doniczce czy upajać cebulę by rosła w górę swą zielenią.Osiągnąłem pierwszy stopień wtajemniczenia amiszowego.
Raz spróbowałem upiec chleb, z mąki pierwszego rodzaju orkiszowej, który to chleb, mimo mieniącej się na złoto skórki ostał się zakalcem. Nie schłodziło to moich zapędów, potraktowałem to jako lekcję pokory cnotliwej i wróciłem do swoich zapędów małorolniczych. Najwyraźniej świat nie był gotowy na moje piekarnicze cele, o czym nie omieszkał poinformować
W tym roku starość ma wypłynęła dżemami, kompotami i sokami. No może jeszcze niezrealizowanych empirycznie, ale objawiających się światłością idei swych i ukierunkowaniem do czego. Od zjedzenia pierwszej tegorocznej truskawki smakowitej zacząłem imać się pracy szpiega i informatora w jednej postaci. Jadąc autobusem, na rowerze czy przemieszczając się w sposób pieszy, ukierunkowuję swe oczęta na ceny tych zacnych darów przyrody i szacuję ile jeszcze czasu minie, bym był w stanie finansowym kupić je w wadze około 50 kg. Wizja jednoczesnego słodzenia i duszenia owych truskawek, traktowaniem ich patelnią gorącą czy zamknięciem w szklanych domach i usadowieniem w bezświetlnych katakumbach naszego bloku daje jakąś dziwną, perwersyjną, sadystyczną przyjemność. Szczególnie, że owoce pracy swej mam zamiar skonsumować gdzieś w okolicach zimy.
Moje starzenie się nie jest tylko związane z chomikowaniem, ale co gorsza z powrotem do korzeni i to w wersji absolutnie niemetaforycznej – zakupiłem sadzonki. Na początek skromnie, bo tylko 3 sadzonki pomidorów i 1 sadzonkę papryki czerwonej, by sprawdzić jak sobie z nimi poradzę i czy świat jest na to przygotowany. W dniu dzisiejszym odwiedziłem sklep ogrodniczy, w którym wymieniłem swe pieniądze na 4 duże doniczki z podstawkami oraz 25l ziemi uniwersalnej. Chociaż balkon zaczął się mienić czarnoziemem, rośliny mają w końcu więcej przestrzeni by rozwijać się, rosnąć i – mam nadzieję – owocować pełnią siebie. Jeśli test rozwoju przejdę pomyślnie, zabiorę się za doniczkowanie ziół przeróżnych. A potem? Kto wie? Całe lato przede mną, a przecież i jagody się zjawią i jeżyny i grzyby.
I chociaż niektóre osoby obawiają się czy aby nie zacznę tworzyć własnego obornika, i chociaż ja obawiam się czy na końcu nie wyląduje w postaci wizerunku u dołu, to muszę jednak stwierdzić, że starość to nie jest taka wielka trwoga.
