Mój pierwszy raz
Trudno mi powiedzieć jak to wygląda w przypadku innych osób, bo raczej rzadko się wypowiadają w tym temacie, jednak z powodu różnych doniesień medialnych mogę napisać, że bywa różnie. Stwierdzenie tak banalne jak i prawdziwe. Jedni przeżywają swój pierwszy raz po imprezach, drudzy po pracy, a trzeci na długich wyjazdach służbowych czy innych podróżach. Mój natomiast związany był z tegorocznym festiwalem muzycznym – co nie powinno w końcu nikogo dziwić – w Jarocinie.
Wybrałem się na ów festiwal z sis i jeszcze jedną naszą znajomą. Droga jako taka była całkiem znośna, bez niespodziewanych objazdów, remontów, ciągnika torującego drogę, pieszych spacerów krów czy wyskakujących z lasu zwierząt – od których aż prosi się, by usłyszeć “Mam cię, zjem cię, mam cię, zjem cię, obedrę cię ze skóry!”. Pogoda też była przyjemna i chociaż nie korzystam z BWM to głośna muza, ciemne okulary i zimny łokieć zaistniały – jak przystało na prawdziwego fana muzyki rockowej. Przyjechaliśmy na miejsce i stało się, przeżyłem swój pierwszy raz.
Było dość nietypowo, jak na to, czego się spodziewałem. Po pierwsze był środek dnia, po drugie była to cała grupa, po trzecie pełna kulturka. Sformułowania w stylu “czy mogę prosić o” czy “proszę pokazać” nie były im obce, co właściwie było bardzo miłe – w końcu jakby nie patrzeć stres był. Mną zajęli się faceci, a moimi towarzyszkami podróży dziewczyny. Najbardziej jednak zdziwił mnie brak psów, wszak jak iść na całość, to iść na całość – no ale dopraszać to ja się nie miałem zamiaru. Chociaż korciło mnie by w miarę szybko to wszystko zakończyć mówiąc “I tak nie znajdziecie” to na całe szczęście ugryzłem się w język, wszak nie wiadomo czy nie potraktowano by tego jako wyzwanie.
Całość potrwała z pół godziny, dokładnie nie pamiętam, bo nie był to zbyt dobry czas na spoglądanie na zegarek. Narkotyków nie znaleziono, Urząd Celny zakończył przeszukiwanie nas i całego auta, wszyscy rozstaliśmy się w pokoju.