Pomysły na puby

27 lipiec, 2008 at 6:49 pm (coś mojego) (, , , , , , , , , )

Od pewnego czasu sis gra w dużego lotka. Jak na razie nic nie wygrała, ale twierdzi, że to dlatego by wygrać jeszcze więcej w kolejnej kumulacji. Na dzień dzisiejszy jest to 35 milionów złotych, co właściwie pozwoliłoby na ustawienie się do końca życia i jakichś trzech kolejnych wcieleń, do czwartego pokolenia włącznie.  Z racji tego, że sis nie przywykła do nadmiaru bogactwa i prawdopodobnie nie wiedziałaby co z tymi wszystkimi pieniędzmi zrobić – pomijając zakup mieszkania, by pomieścić wszystkie szafy na te wszystkie kolczyki, które by wykupiła ze wszystkich możliwych sklepów w promieniu trzech kilometrów od granic Poznania – stwierdziłem, że poświęcę wspaniałomyślnie swój czas (i wcale odpalenie  mi kawałka wygranej nie ma nic do rzeczy, zrobiłbym to z potrzeby serca) i pomogę jej w inwestycjach.

Pomijając oczywistą oczywistość w postaci inwestycji w moją osobę – wszak bogata przedstawicielka klasy wyższej próżniaczej nie powinna pokazywać się z byle robolem łachudrą  (nowy zestaw ciuchów, zegarków, butów i kompletu 2 aut chyba wystarczy) – zaproponowałbym otwarcie (początkowo dwóch) barów. Pierwszy byłby spełnieniem naszego wcześniejszego pomysłu, gdy Sol, Colorblind i Jendrju nawiedzili nasz przybytek, a mianowicie bar szybkiej obsługi à la PKP (wiem, że połączenie “szybko” i “PKP” w jednym zdaniu to przegięcie, ale nie wolno zabierać marzeń).

Pierwsza opłata byłaby pobierana ze samo wejście, przy czym nie można by spojrzeć do środka i sprawdzić czy są jeszcze jakieś miejsca wolne wchodzisz-płacisz! – wyjątkiem byłaby tu strefa InterPUB, w której obowiązywałaby całkowita rezerwacja miejsc. Ludzie umieszczeni by byli w małych wagonikach, w których:
- byłoby 8 miejsc siedzących, z czego 2 osoby siedziałby przy oknie, 2 przy wyjściu, a reszta między nimi. W godzinach szczytu obowiązywałaby przymus dosiadania się jeszcze 2 osób do okrągłej 10
- miejsca byłyby na tyle mało, by nie można było normalnie ułożyć nóg, do tego oparcia byłyby wspólne – wszystko po to by pomóc akcji społecznej “Ludzie obcy, ale bliscy”
- nie byłoby klimatyzacji (poza wspomnianym InterPUBem) by temperatura była dostosowana do panującej na zewnątrz – aby ludzie nie doznali szoku termicznego wychodząc z naszego baru

Obsługą ludzi zająłby się Jendrju, który słynie z tego, iż jest osobą miłą i sympatyczną oraz otwartą na ludzi. Colorblind chodziłaby po sali, podchodziła do każdego stolika i swoim wspaniałym wschodnim pianiem raczyłaby uszy naszych gości tekstem “Perła, Perła, Perła, jasna, ciemna, Perła jasna, Perła, Perła” *. Sol z racji tego, że jest najmłodszą młódką, latałaby co pięć minut do toalety zajmując ją na około 20 minut. Aby nadać odpowiedni klimat, często dawane by były ogłoszenia w stylu “Zamówiony kebab z surówką ma opóźnienie około 30 minut. Przepraszamy za utrudnienia. Jednocześnie informujemy, iż opóźnienie może ulec zmianie.” albo “Sojburger z frytkami zostanie podany wyjątkowo na stolik nr 3, prosimy przyspieszyć przesiadanie”.

Drugi bar jest związany z moją rozmową z cornflakegirl na temat jej przejść z otwieraniem knajpki i sanepidem – któremu cały czas coś nie pasuje. Ów pub byłby więc stylizowany zgodnie z naczelną zasadą sanepidu “dobry i estetyczny zlew jest ozdobą baru!”. Piwo lane by było z prawdziwych kranów, co w przypadku zimy oszczędza nam czas i pieniądze – z drugiego kurka, oznaczonego kolorem czerwonym, leciałoby grzane piwo. Stoliki zastąpione by były zlewami, co ułatwiłoby sprawę w sytuacji, gdy przypadkowo by potrącono stojące napoje – nie trzeba by latać ze ścierką, bo wszystko samo spływałoby do odpływu. Zamiast popielniczek – pisuarki z automatycznym spłukiwaniem. Ściany i podłogi urządzone by były w kafelkach, a boczne lampy zrobione by były ze słuchawek prysznicowych – oczywiście tych lepszych, z regulacją strumienia, w tym przypadku strumienia światła.

Wódka oraz inne napoje alkoholowe, które przeważnie podaje się w określonych wielkościach, odmierzane by były przez podajniki na mydło – jedno przyciśnięcie i 50 ml do kielonka wpada. Nie można zapomnieć o siedziskach. Początkowo zastanawiałem się nad kibelkami, wszak idealnie komponowałyby się z otoczeniem, jednak mogłoby się zdarzyć, że ktoś by się zapomniał i śmierdzący problem gotowy. W związku z tym lepszym wydają się duże, wieloosobowe wanny oraz – dla bardziej zżytych grupek – jacuzzi. Natomiast stołki barowe zostałyby zastąpione kabinami prysznicowymi. Każdy szanujący się pub podaje przekąski do piwa w postaci orzeszków i paluszków, czyż nie pięknie wyglądałyby te pierwsze w mydelniczkach, a te drugie w plastykowych kubeczkach na szczoteczki?

No to czekam na wygraną.


* Perła to nic innego jak bardzo dobre wschodnie piwo, jeśli będziecie gdzieś tam na rubieży to nie zapomnijcie spróbować.

Bezpośredni odnośnik 22 komentarzy

Meta

21 lipiec, 2008 at 12:53 am (coś mojego) (, , , )

Nie umiem, nie potrafię, nie udaje mi się. Próbowałem w różnych miejscach, na różne sposoby, w różnych formach i nic z tego. Pisanie notek wychodzi mi tylko, gdy popełniam je na własnym, jedynym i niepowtarzalnym komputerze. Chociaż ma swoje fochy, jest jednak niezastąpiony.

Kartki może i są przydatne, zawsze ma się przy sobie jakiś zeszyt, kalendarz czy inny notatnik, do tego bez problemu znalazłoby się sporo czasu na pisanie, wszak nie wszystkie wykłady są pełne metafizycznych uniesień, wspaniałego porównywania Kanta do piekarza, czy radosnego grania w kółko i krzyżyk ze współtowarzyszami studenckiej niedoli. Również autobusy i tramwaje, które przez ulice mego miasta nie mkną, a bardziej przemieszczają się ruchem posuwistym, dostarczają wystarczającej ilości minut, by spłodzić jakąś nową notkę.

Wszystko to jednak ginie w momencie sięgania po kawałek papieru. Szelesty wydawane przez kartkę kojarzą mi się bardziej z dźwiękami wydawanymi przez kreszowe ubranka dresiarzy z lat 90, niż z czymś twórczym – co automatycznie skreśla możliwość skomponowania czegoś na poziomie – za bardzo się wczuwam intelektualnie w owych nosicieli.

Zresztą to nie jedyna wada pisania sposobem nakartkowym. Nie zdarzyło mi się nigdy – chociaż o dobrą pamięć w moim wieku już raczej trudno, więc pewnym nie jestem – bym poczynił jakiekolwiek literówki używając długopisu lub ołówka. A przecież takie przypadki dają możliwość stworzenia żartobliwych semantycznych nadużyć, które sprawią (co oczywiście nie jest normą), by czytelnik całkowicie się nie zanudził.

Najgorsze jednak w tym wszystkim to możliwe skreślenia. Pisanie jednym ciągiem, bez poprawiania, zmieniania pomysłów czy słów, skończyłem gdzieś w okolicach wczesnej podstawówki, kiedy okazało się, że taki zmasowany atak wyrazów nie zawsze jest sensowny. Dobra, można używać ołówka i jak coś by nie wyszło – ruch gumki i po sprawie. Jednak znając życie na tym by się skończyło: tutaj coś dopisać, tutaj coś zaznaczyć, tutaj coś narysować, a tam odmierzyć kąt padania.  I jak nic trzeba by załatwić zestaw kredek, pisaków, linijek, kątomierzy, ekierek i innych Bardzo Przydatnych Przedmiotów, które ze studenta zrobiłyby ze mnie podstawówkowego pierwszoklasistę zagubionego w przestrzeni swego piórnika.

A inne komputery? Jakoś nie mogę się w nich odnaleźć. Pewnie wynika to ze zwykłego przyzwyczajenia, ale nie ma nic lepszego niż dźwięki wydobywające się z zalanej mlekiem z tubki klawiatury, aerodynamicznych kształtów myszki, czy jej przyjemnie drażniący uszy klik.


W następnym odcinku: kilka pomysłów na puby. Stay Tune!

Bezpośredni odnośnik 5 komentarzy

O

13 lipiec, 2008 at 10:07 pm (coś mojego) (, , , , , , , , )

Jakoś nigdy nie miałem z nimi problemów. Pierwsze kroki stawiałem dziecięciem będąc, gdy w ręce wpadło mi w końcu coś innego niż poduszka i butelka z piciem (zaznaczyć tu należy, że przedmioty te od początku były moimi atrybutami, o czym świadczą zdjęcia z wczesnych lat moich – już wtedy wiedziałem, że pisane mi jest bycie studentem), a mianowicie książki i kasety do nauki angielskiego. Od czasu do czasu brałem je i wgłębiałem się w historię jakiegoś superbohatera, ludzików, potworów i innych dziwnych naukowców.

W podstawówce zaczęła się spotkanie z językiem francuskim. Nauczycielka może trochę wredna była, ale przynajmniej ciekawie prowadziła zajęcia – do dziś pamiętam prawie wszystkie wierszyki i piosenki z lekcji. Pisałem też listy z jakimś francuskim dzieciakiem, chociaż zawsze miałem problem z rozpoznaniem płci. Była to albo bardzo brzydka dziewczynka, albo chłopiec z kolczykami. W zasadzie nie miało to większego znaczenia, bo ta “znajomość” i tak była skazana na porażkę. Jakoś nigdy samego kontaktu pisemnego nie udaje mi się utrzymać – jeśli nie ma spotkania w realu, to nic z tego nie wyjdzie. A na wyjazd do Francji szans raczej nie miałem.

W ogólniaku bardziej języki miałem, niż się ich uczyłem, co za tym idzie w czasie tym więcej luzu i spokoju zaznałem. Zmiany nastąpiły wraz ze studiami, zacząłem poznawać łacinę i niemiecki. Pierwszy język raczej bezproblemowo mi poszedł, chociaż oczywiście zdarzały się małe wpadki. Prawdopodobnie do końca życia będę pamiętał Domina severa ancillam pigram castigat [surowa pani karci leniwą niewolnicę] czy hasło “dzień bez kreski to dzień stracony”. Troszkę inaczej wygląda sprawa z niemieckim [użalanie się nad sobą mode on] gdyż jako jedyny w grupie początkującej nie miałem w ogóle styczności wcześniej z nauką tegoż języka. W związku z tym materiał leciał do przodu a ja lazłem za nim, jak szybko tylko mi się udawało. [użalanie się nad sobą mode off]

Niemniej nie mogę stwierdzić, że nic a nic niemieckiego wcześniej nie liznąłem. Oglądało się He-Mana  i She-rę na Sat1 czy Pro7, słuchało się Die Toten Hosen i Rammsteinu no i niezapomnianych tekstów Teresy Orlowski podczas wieczornych reklam. A dzięki kabaretowi Jurki i ich skeczowi o królewnie śnieżce poznałem kilka podstawowych zwrotów, z których ulubionym stał się Wo wohnst du?.

Do tego język naszych zachodnich sąsiadów posiada wiele ciekawych właściwości. Po pierwsze liczba siedem sieben brzmi gorzej niż jakiekolwiek przekleństwo we francuskim. Po drugie pytaniem o posiadanie rodzeństwa Hast du Geschwister? można bez problemu doprowadzić do zawału osobę pytaną, a co najmniej do palpitacji serca – sprawdzone na sis. Po trzecie próba znalezienia tłumaczenia prostego słówka “o” w ling.pl powoduje pojawienie się haseł: die Quadratmeterprobe co ni mniej ni więcej oznacza wycenę pastwiska metodą poletek o powierzchni jednego metra kwadratowego, der Rüttelgrubber czyli kultywator o zębach wibrujących, czy der Quer-Längsfluß-Mähdrescher – kombajn zbożowy o poprzeczno-wzdłużnym przepływie masy omłotowej.

A jeszcze rok niemieckiego przede mną!

Bezpośredni odnośnik 7 komentarzy

Oni

2 lipiec, 2008 at 12:59 pm (Uncategorized)

Patrząc na nich, nikt nigdy by się nie domyślił. Mają normalną pracę, dom lub mieszkanie, znajomych i przyjaciół, żyją w normalnych związkach – chociaż te okazują się, w późniejszym czasie, tragicznymi dla obu stron. Każdy z nas może z nimi wspólnie pracować, uczyć się, przypadkiem spotkać na ulicy, festynie, jechać razem autobusem czy bawić się na tej samej imprezie. Wiodą podwójne życie, co dzień nakładają maski ukrywając prawdę o nich samych. Wiedzą o nich tylko najbardziej zaufani przyjaciele, a tych mają niewielu. Bo któż mógłby zrozumieć w pełni ich odmienność?

Gdy nadchodzi odpowiedni moment, przebierają się w kolorowe ciuszki i szaleją. Skaczą, latają, strzelają, chwytają, niszczą, ale przede wszystkim ratują. Dzięki nim ludzkość nie musi obawiać się potworów z kosmosu, galaktycznych zabójców i szalonych naukowców pragnących zawładnąć światem. Narażając wciąż swoje życie by dać nam, zwykłym ludziom, możliwość normalnego funkcjonowania. Biorą na siebie odpowiedzialność, jaka spadła na nich wraz z ich mocami. Słowem – mają przekichane.

Na całe szczęście dla superbohaterów, bo o nich była tu mowa, istnieją jeszcze inni. Bez nich celu, jakim jest ochrona Ziemi, nie udałoby się osiągnąć nigdy. Gdy samych herosów ścigają paparazzi, próbując odgadnąć ich prawdziwą tożsamość, gdy czarne charaktery porywają ich i zamykają w czeluściach swych baz, gdy nie mogą się zjawić na czas, bo coś ich zatrzymało, wtedy oni wkraczają do akcji – pomocnicy. Właściwie niewiele o nich samych wiadomo, gdyż wszystkie informacje zbierane przez media dotyczą głównie ich współpracowników. Oni sami natomiast żyją w cieniu, jeszcze bardziej skryci, jeszcze bardziej utajeni, jeszcze bardziej tajemniczy. Gdy sytuacja tego wymaga, pomagają superbohaterom, podpowiadają, ratują ich z opresji, a czasami zastępują ich – odwalając za herosów brudną robotę.

Wydawałoby się, że opisane dotąd rzeczy to czysta fikcja, wytwór ludzkiej wyobraźni, bo przecież tak naprawdę superbohaterów nie ma. To tylko komiksy, bajki, filmy, książki, a nie prawdziwe opowieści “z życia wzięte”. Tylko czy tak jest do końca? Czy to nie jest metafora działań zwykłych ludzi, którzy w niktórych sytuacjach otrzymują role właśnie takich herosów? Spójrzmy przykładowo na moderatora forum internetowego. Przecież to właśnie taki moderator dba o ład i porządek, chroni przed złymi botami i spamem, usuwa posty niezgodne z regulaminem, przenosi tematy do odpowiednich działów itd. Czuwa i działa, by każdy zwykły użytkownik mógł ze spokojem oddać się dyskusjom przeróżnym. Więc może Ci moderatorzy mają też jakiś swoich “Robinów”? Tego nie wiem i wiedzieć nie mogę, ale jeśli Ty drogi czytelniku jesteś właśnie takim pomocnikiem (czy to superbohatera, czy moderatora czy innych), chciałbym podziękować symbolicznie za Twoją działalność. Przyjmij więc w prezencie ten znak, jako Twój własny znak wezwania.

Bezpośredni odnośnik 13 komentarzy