Ograne

13 czerwiec, 2008 at 12:22 am (mashup) (, , , , , , , , )

Bezpośredni odnośnik 35 komentarzy

sesja II

11 czerwiec, 2008 at 3:18 pm (rysunki) (, , , , , )

Bezpośredni odnośnik 9 komentarzy

Boczuś na bok

8 czerwiec, 2008 at 10:33 am (coś mojego) (, , , , )

Wiele rodzajów diet istnienie na tym świecie. Związane są ze smakiem, zdrowiem, stylem życia i zasadami, które dana jednostka stara się przestrzegać. Niektóre osoby nigdy w życiu, za żadne skarby świata, nie tkną szpinaku, gotowanych jajek czy oliwek. Inni żegnają się ze swoimi ulubionymi orzechami, pomidorami i jabłkami, które są przyczyną ich alergii pokarmowych. Jeszcze inni natomiast muszą uważać ze słodyczami, ze względu na swoją cukrzycę. Zdarzają się też ludzie, którzy żywią się wyłącznie energią kosmosu. Ja nie jem mięsa.

Legend i opowieści narosłych wokół wegetarianizmu spokojnie wystarczyłoby do napisania co najmniej trzech nowych “Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Dysputy, które cały czas toczą się w internecie czy przy stołach – podczas spotkań rodzinnych – pokazują jak wiele osób przyjmuje wszystkie zasłyszane gdzieś pokątnie informacje za jedyną i słuszną prawdę, a przecież tak niewiele trzeba by samemu to wszystko zweryfikować. Ja chciałbym się, mam nadzieję obiektywnie, rozprawić z kilkoma stereotypami.

Powszechnie panuje przekonanie, że niejedzenie mięsa powoduje, że do organizmu nie trafia wystarczająca ilość składników mineralnych – w szczególności braki występują w żelazie, czego następstwem może być anemia. Oczywiście, że takie sytuacje się zdarzają, jednak niewiele ma to wspólnego z prostą implikacją nie jem mięsa ergo mam niedobory. Sprawa jest troszkę bardziej skomplikowana. Po pierwsze, przyswajanie składników mineralnych zależy od konkretnego organizmu, niektóre łatwo pobierają nawet śladowe ilości, inne, pomimo dużej dawki, nie dają rady wyciągnąć potrzebnej porcji. Po drugie, sama dieta bywa bardzo często źle dobrana, a zaprzestanie spożywania mięsa powoduje, że ciało człowieka nie ma z czego brać, potrzebnych do jego normalnego funkcjonowania, składników. Problem więc leży w dobrze zbilansowanej diecie – która jak widać, powinna być ustala indywidualnie.

Druga sprawa: da się żyć bez schabowego i szyneczki! Wiem, że może to być szokujące, ale tak to wygląda – da się! I co więcej, jest ono równie przyjemne. Nie wiem z czego wynika to wielkie politowanie nad wegetarianami, szczególnie ze strony różnych babć i ciotek – które zachowują się jakbyśmy stracili sens życia i prawdopodobnie chcieli popełnić samobójstwo. Nie martwcie się, zdajemy sobie sprawę z tego, że istnieją sklepy, w których – jeśli tylko najdzie nas na to ochota – bez problemu kupimy sobie żywiecką, boczusia czy smalec ze skwarkami. Nie męczcie więc, nie wypytujcie ciągle czym my to wszystko zastępujemy, a przede wszystkim nie traktujcie tego jako awersję do Was! To jest związane li tylko z nami samymi, my do Was naprawdę nic nie mamy, jesteście kochani i cudownie gotujecie.

Kolejna rzecz, to myślenie, że chcemy namawiać do przejścia na “naszą stronę”. Nas nie interesuje co sobie jecie, nie zaglądamy do Waszych talerzy i tego samego oczekujemy od Was. Jedzcie co lubicie, nie jedzcie czego nie lubicie, ale dajcie nam prawo decydowania o tym co my będziemy spożywać. Możemy siedzieć przy jednym stoliku! Wbrew pozorom nie reagujemy na smażonego kurczaka jak diabeł na wodę święconą, nie boimy się mięsa, nie wywołuje u nas agresji, ani ataków epilepsji. Tak samo Wy nie powinniście się bać kanapki z samą sałatą i serem. Ona nie gryzie i nie jest nosicielką dżumy czy innych śmiertelnych chorób.

Zapraszanie nas do siebie nie musi się wiązać z wyszukiwaniem wykwintnych potraw (chociaż oczywiście jest to bardzo miłe). Po prostu wyobraźcie sobie, że w Waszej kuchni nie ma nic mięsnego. Co Wy byście wtedy zrobili sobie do jedzenia, to i nam pasować będzie. Serio! Nie musicie stosować oryginalnych indyjskich przypraw, przygotowywać marynowanego tofu czy sałatki z kiełków i wodorostów.

Pamiętajcie – zdarzają się przypadki, że jakiś wegetarianin w sklepie mięsnym odmawia “wieczny odpoczynek”, ale proszę, traktujcie to z przymrużeniem oka. To, że nie jemy zwierzątek, nie znaczy, że straciliśmy poczucie humoru. Z miłą chęcią wysłuchamy dowcipów na nasz temat, byle były one rzeczywiście śmieszne.

Smacznego!

Bezpośredni odnośnik 14 komentarzy

Potęga smaku

8 czerwiec, 2008 at 1:45 am (coś czyjegoś) (, , , , , )

Ponoć w książkach zawarta jest prawda, a nawet jeśli nie, to z pewnością jakieś jej ziarenka – tak mi wmawiano od maleńkości. Jednak z całą stanowczością muszę to napisać: Paulo Coelho kłamie! W końcu czymże jest stwierdzenie w Alchemiku, że “jeśli czegoś bardzo pragniesz to cały Wszechświat działa potajemnie byś mógł to osiągnąć”, jak nie wierutną bzdurą? Sesja tuż za winklem, a ja zamiast się uczyć, piszę właśnie tę notkę. A ja naprawdę chcę zdać te wszystkie egzaminy, dostać z nich piątki i w końcu sięgnąć po tę nagrodę w postaci stypendium naukowego. Najwyraźniej rzeczywistość dookoła mnie ma inne plany: pogoda ewidentnie nie sprzyja, dziwnym trafem akurat teraz zaczęły się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, w tym samym czasie spotkałem się na forum Armii z określeniem – prokrastynacja[1] – które idealnie pasuje do mojego teraźniejszego zachowania i zaczynam się zastanawiać, czy aby nie trzeba mi wybrać się do lekarza na leczenie.

Niemniej udało mi się wysupłać jakąś ilość czasu – niewiele bo niewiele: koło 7 godzin – by pojeździć dzisiaj po mieście szukając wykładziny do pokoju. Przemieszczając się na trasie M1->IKEA->KOMFORT->M1 napotkałem na stoiska z tzw. ekologiczną żywnością. No i co można począć w takiej sytuacji, jak nie oddać się chwili zapomnienia i popróbować wszystkich tych smakowicie wyglądających produktów? Mnóstwo rodzajów chleba, sery przeróżne, pieróg biłgorajski ze swojskim sosem z pieczarek, wypieki i naprawdę masę innych rzeczy, które samym wyglądem (a z bliska to i zapachem) nęcą, kuszą i namawiają: “Zjedz mnie!! Jestem twój, zjedz mnie!!”.

Wydawać by się mogło, że sis ma rację twierdząc, że nie ma prawdziwego smaku, a wszystko co sobie wyobrażamy czekając na pojawienie się sezonowych owoców i warzyw, to zaledwie idee. Jednakowoż po wszamaniu wymienionych potraw muszę zaoponować – istnieją ich rzeczywiste, empiryczne realizacje. Szczerze powiedziawszy, nie wiem z czego to wynika, może tak naprawdę te wszystkie konserwanty, benzoesany sodu i E-liczby to jedna wielka ściema, a częste spożywanie ich prowadzi do nałogu – a co za tym idzie przewlekłych chorób płuc i serca – i potrzeby jak największego wprowadzania ich do organizmu, przez co zatracamy pamięć prawdziwych smaków? Dopóki jednak istnieją te wszystkie gospodarstwa ekologiczne, które nie korzystają z nowinek technicznych i w sposób naturalny, pierwotny zajmują się hodowlą, rolnictwem, przetwórstwem, doputy jest nadzieja, że nie zapomnimy.

Będzie takie lato, policja będzie taka uprzejma, straż pożarna będzie szybka i sprawna, a wódka będzie taka zimna i pożywna[2].


[1] W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa nazywana “syndromem studenta”.

[2] Nawiązanie do utworu “Filandia” zespołu Świetliki.

Bezpośredni odnośnik 14 komentarzy

Sesja

2 czerwiec, 2008 at 5:50 pm (rysunki) (, , , , , )

Jak najlepiej! Czego Wam i sobie życzę.

Bezpośredni odnośnik 9 komentarzy

Dźwięki od ręki

1 czerwiec, 2008 at 10:37 pm (coś czyjegoś) (, , , , )

Z racji, że telewizji w naszym przybytku nie mamy, poza Światem Nauki oraz Wiedzą i Życiem gazet nie czytuję, a z radia korzystam w celach muzycznych – o losach świata dowiaduję się głównie z onet.pl. Wczoraj jednak pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa i obejrzałem – dostępne w internecie – Fakty (od pewnego wszakże czasu uważam tę nazwę za przykład bardzo sporego nadużycia semantycznego). Pewnie za chwilę pioruny na mnie polecą, bluzgi wszelkie, o których nawet żołnierze nie słyszeli, ale muszę to napisać – zaciekawił mnie jeden materiał (taki malutki, nic nie znaczący; nie bijcie!) dotyczącego jednego z najlepszych naszych stowarzyszeń, a mianowicie ZAiKS.

Cały sprawa związana była z jakimiś występami bliżej nieokreślonych babuszek na festiwalu. Za wyśpiewanie publiczne niemieckich piosenek owo stowarzyszenie zgłosiło się po pieniądze – tłumacząc się przepisami i obowiązkiem zapłaty przez organizatorów tantiem. Cały szkopuł polega na tym, że nie była – owa impreza – dochodowa, a zgodnie z tym co mówił jeden ze znawców prawa, nie ma mowy o jakimkolwiek płaceniu w takiej sytuacji i już.

Nie żebym mu od razu zawierzał, patrząc jednak na dotychczasową działalność ZAiKS-u śmiem twierdzić, że jednak po raz kolejny przegięli. Bo jeśli rzeczywiście zaczęli pobierać opłaty za nieprzychodowe wykonywanie utworów czyichś, to czeka nas rewolucja. Koniec ze śpiewaniem w barach o północy “whisky” zespołu Dżem czy “baranka” zespołu Kult. Knajpy wiać będą cyfrową muzyką z głośników i rozmowami ludzi. Niby to samo, a jednak inne. A co z przyśpiewkami kibiców, wydzieraniu w niebo głosy “Górniczo-hutnicza orkiestra dęta, robi nam pa pa rara”? Czeka nas nic innego jak panika, obłęd i strach.

A co gorsza, spójrzcie sobie na takiego przeciętnego publicznego spacerowicza. W kościach strzela, w stawach strzyka, w kręgosłupie łupie. W uszach dzwoni, w duszy gra, a kiszki marsza lecą. Jakby nie patrzeć – chodząca szafa grająca. Owszem, muzyka może dość awangardowa, ale nie oszukujmy się, nikt z nas nie wymyślił tego pierwszy. Więc nic tylko czekać, aż pewnego dnia, jakaś osoba podejdzie i zaśpiewa od nas 100 zł za chodzenie.

Bezpośredni odnośnik 8 komentarzy