q.e.d.
Ile ich jest? Właściwie nikt nie wie. Patrząc z perspektywy czasu wydaje się ich być coraz więcej, chociaż niektórzy twierdzą, że są całkowicie niezależne od człowieka i jest ich tyle ile jest, a my znamy tylko tyle co znamy*. Mowa oczywiście o dowodach. Mimo, że często się o nich wspomina, nikt jakoś do tej pory nie pokusił się o jakąś wstępną ich klasyfikację. Bo niby, że co? Gorsze jakieś? Czas więc się za to zabrać!
Pierwszą grupę stanowią dowodu przynależne do ilości. Podstawowy to dowód osobisty, czyli pojedynczy. Na terenach polskich początkowo występował raczej rzadko – na wyraźną prośbę. Z wyglądu przypominał trochę większy dokument, a jego możliwości ograniczały się do przyzwolenia na zagraniczne podróże. Wkrótce wyginął, a wolne miejsce zajął nowszy produkt ewolucji. Następca wierzch miał koloru zgniłej zieleni**, natomiast wnętrze jego – cud, miód, malina. Wielokartkowy, z miejscem na zdjęcie, wpisanie CV, dzieci swoich i cudzych. Z racji wypierania przez najnowszy model jest zagrożony wymarciem. Od czasu do czasu można jeszcze go spotkać u osób, które spóźniły się z wymianą, jednak osób tych stale ubywa. Na końcu mamy powszechnie występujący plastyk. Ze względu na swoją posturę wydaje się być poręczny. Nie występuje jednak w postaci dorosłej, gdyż dożywa tylko 10 lat.
Przez te kilka lat mojego życia nie się spotkałem się z dowodami należącymi do tej grupy, ale ilościowo (niż jeden) większej.
Kolejną grupę stanowią dowody naukowe, które można również podzielić. Czołowe miejsce zajmuje typ amerykański, na który najczęściej powołują się niektóre gazety plotkarskie, brukowe i dla pań: “Amerykanie mają dowód na to, że aby schudnąć trzeba jeść mniej!”. Spotkać go można bardzo często, chociaż należy tu zwrócić uwagę, że rozwija się w tym samym tempie i czasie co równouprawnienie kobiet – co rzecz jasna nie jest dowodem na nic, prawda? ;] Drugim z kolei jest typ bytowy, decydujący – jak sama nazwa wskazuje – o tym czy coś jest bytem czy nie jest. Gęsto poruszany w rozmowach “dowód na istnienie Boga” jest najbardziej reprezentatywny, aczkolwiek zdarzają się głosy, mówiące o tym, że taki dowód nie istnieje – brak na to jednak wystarczających dowodów. Trzeci typ to dowody właściwe, które choć miejscami rewolucyjne to w przeważającej części nudne (wyjątek stanowią tu dowody “gazetowe” z dziedziny logiki – “wprost” i “nie wprost”) – więc aby nie zniechęcić czytelnika, pozostawię je bez opisu.
Ostatnią grupą stanowią dowody surrealistyczno-podzielone. Nazwa może i dziwna, sądzę jednak, że dzięki przytoczonym przykładom czytelnik pojmie o co mi chodziło. No to jedziemy:
- skok do wody
- wrzut do wody
- czajnik do gotowania wody (należy zauważyć matematyczne odwołanie tych dowodów – dzielenia przez inne wyrazy, tutaj przez wyraz “gdzie”)
- wpadnięcie do wody
- bieg do wody
- do wody nie pójdę
- do wody mam wstręt wielki
Oczywistym jest, że klasyfikacja ma sporo braków – powstawała z chwilowych spostrzeżeń jednego osobnika – dlatego nie należy traktować jej jako ostatecznego wyznacznika. Czytelnikowi zaleca się poszukiwanie kolejnych, uzupełnianie, czy też stworzenia własnej klasyfikacji.
* jeden z moich ulubionych typów wypowiedzi, które kompletnie nic nie wnoszą – są czystą oczywistością; do podobnych zaliczyć można na przykład te : wszyscy jesteśmy inni, słońce wschodzi i zachodzi, po nocy przychodzi dzień, raz jest lepiej raz gorzej
** ze względu na to, że stwierdzenie “zgniłe” nie jest jednoznaczne, w celu konkretyzacji przedstawię wspomniany kolor w RGB : #006633
Inspiracja sieciami komórkowymi
Notka, której poszukujesz jest w tym momencie niedostępna. Proszę spróbować później.
The post you’re trying to find is currently unavailable. Please try again later.
Nie zgadzam się!
Najwyraźniej czas protestów nastał ponownie. Nie jest to może najbardziej odpowiedni termin. Tworzenie “białych wiosek” o tej porze roku bardziej kojarzy się z majówką i Przystankiem Woodstock niż z głodem i biedą; wychodzenie na ulice w tak słoneczną pogodę jest jak najbardziej właściwe, a po zakwalifikowaniu się naszych Złotek, na olimpiadę w Pekinie, zniszczenie przypadkowego budynku sejmowego czy inszych ministerstw z radości i szczęścia, nie będzie stanowić tak znowu wielkiej medialnej informacji. Dlatego też najlepszym rozwiązaniem jest podzielenie się swoim wzburzeniem i niezgodą w internecie.
Protestować można : za, przeciw, również za, również przeciw, skądinąd za, być może przeciw, najprawdziwiej za, przewielmożnie przeciw; bo tak, bo nie, bo ja wiem, niech to szlak. Tematyka jest również rozmaita : od kwestii związanych z konstytucją UE, do tak irracjonalnych spraw jak Nie jestem oposem! (zastanawia mnie, czy to odnosi się do potocznego udowadniania, że się nie jest wielbłądem?; poza tym co będzie następne : wielbłąd -> opos -> fagocyt ? – świat wariuje). Jak widać pomysły ludzie mają różne, kolorowe i podłużne. Czas na mnie.
Nie życzę sobie stosowanie wobec mojej osoby określeń: ziomek, ziom, zioom, zi00m, zią, ziomuś, ziomix i innych, pokrewnych. Wbrew pozorom nie należę do ziomkostwa, Niemcem nie jestem (chociaż ma aryjska uroda niejedną osobę zmylić może), przesiedlam się owszem dość często – w celu przeżycia kolejnych wrażeń i poznania miejscowości mojego studiowania – nijak to jednak z II Wojną Światową związane nie jest. To odnosząc się do jednej definicji ziomek ze Słownika Języka Polskiego.
A teraz spójrzmy na drugą : ziomek – człowiek pochodzący z tego samego kraju, z tej samej okolicy, miejscowości. Skąd do diaska mam wiedzieć, czy pochodzimy z tego samego kraju, okolicy, miejscowości? Czy ja mam nagle zacząć prosić o rodowód do trzeciego pokolenia wstecz, listę wszelkich dotychczasowych zameldowań – tych stałych i niestałych, skany dowodów osobistych i legitymacji? Chociaż nie wiem czy byłoby to wystarczające. Niemniej protestuję, głośno i stanowczo, z odrobinką “eee tam”, przeciwko używaniu słów w/w i wpisuję je na listę wyrazów niepożądanych, niewłaściwych, złych i ogólnie szatańskich.
Zwracać się do mnie można przecież w inny sposób, imienia chyba najgorszego nie mam, z Belzebubem, Legionem i Behemotem raczej w jednej linii nie stoję. Ksywkami też nie pogardzę, w końcu kilka mam to i stosować je można, chociaż czasami ich remixy mogą mnie nieco irytować. Ogólnie przyjęte sformułowania też mogą być, nawet do pan już się powoli przyzwyczajam, wszak wiek mój tego wymaga. Nie zapomnijmy też o: mężczyzno, kolego, koleżko, chłopcze, chłopaku itd. (tutaj polecam słowniki synonimów). Chociaż tykanie jest raczej nie na miejscu (z drugiej strony skoro stosuje ktoś do mnie ziom!!!, najwyraźniej jesteśmy we w miarę dobrej znajomości, to czemu nie ty!!! ?) to na swojskie i lokalne Tey zgadzam się jak najbardziej.
Tyle ode mnie. Miłego weekendu!
Po co to komu?
Jak głosi ludowe powiedzenie – pieniądze szczęścia nie nadają – a że z ludem kłócić się nie zamierzam, to i popełnię na początek pochwałę tej mądrości starożytnej, starszyźnianej, niemal rodem z Atlantydy.
“Hymn pochwalny na nutę” *
Święta wiedzo kochanej Ludczyzny
Czają Cię tylko umysły poczciwe!
Dla Ciebie nie straszne nowego trucizny
Boś jest posiadła przez włosy siwe
Mądrość Twa wielka niczym Himalaje
Nikt dorównać Tobie nie zdoła!
Dam wszelkich wielbią Cię gronostaje
I Wikipedia nawet się chowa!
Honory oddane to i czas przejść do tematu. W jednej ze swoich ostatnich notek jendrju poruszył kwestię stypendiów naukowych dla przyszłych inżynierów, a że przynależę do tej części pasożytniczej społeczeństwa zwanych potocznie studentami, to i poczytałem o tych 1000 zł/msc, bo zazdrość mnie zaczynała zżerać jak diabli**. Opierając się na własnym doświadczeniu, wiem, że na politechnice łatwiej było dostać stypendium (i do tego większe) niż teraz na filozofii (i do tego mniejsze), a tu się okazuje, że kolejne dawać będą Im-Onym. Na szczęście zazdrość przeminęła z wiatrem*** i szybko na jej miejsce pojawiło się w mej głowie, niczym pierwsza rosiczka na wiosnę****, pytanie – po co i komu tak właściwie stypendia?
Spójrzmy prawdzie w oczy, na co komu na studiach humanistycznych ta państwowa zapomoga? Na jedzenie owszem wydawać trzeba, lokum jakieś niepodmostowe też jest przydatne, ale wszelkie materiały dostać można w bibliotekach. W samym Poznaniu książki wypożyczyć można w co najmniej 3 miejscach zbiorów, a i zapominać tutaj nie należy o czytelniach dostępnych dla wszystkich, możliwości skorzystania z zasobów literackich w Empikach (w dogodnych warunkach: przy kawie latte i ptysiu z budyniem), nie wspominając o tym, że część dzieł można spokojnie ściągnąć z internetu w postaci e-książek. Miejsc do czytania też jest bez liku: od siedzeń w tramwajach, przez ławki w parkach, do sal, gdzie nudny wykład akurat trwa.
Rozważmy teraz to z punktu widzenia studentów informatyki i kierunków innych – pokrewnych. Czy ktokolwiek słyszał o miejscach, gdzie za 12 zł za rok, przez co najmniej trzy miesiące jednym ciągiem, można wypożyczyć do 10 komputerów na raz, na użytek własny? Gdzie maszyny sprzed 1970 są dostępne tylko dla pracowników naukowych (bo właściwie po co komu innemu takie nie pierwszej młodości pudła, wielkości pokojów), wszystkie przyrządy do mierzenia prądu, procesory i kontrolery oddać można po pewnym czasie używane i nikt się nie piekli. Wyobraźcie sobie kserowanie laptopa za 16zł, którego kopia staje się własnością danej osoby – nie wspominając o możliwości ściągnięcia najnowszych modeli z internetu za free.
Chociaż może bardziej by te stypendia były potrzebne na medycynie? Klonowanie ludzi nie należy w końcu do najtańszych…
* Wrednie wzorowane na “Hymnie do miłości Ojczyzny” I.Krasickiego
** Z niewiadomych przyczyn w powiedzeniach polskich jest dość dużo odwołań do diabłów : wskazujące kierunek – idź do wszystkich diabłów, z życzeniami szybkiego ślubu – niech Cię diabli porwą, o tym kto powinien chodzić do urzędów i załatwiać wszystko – gdzie diabeł nie może tam babę pośle, informacja o przyjściu rachunku za prąd i gaz – diabli nadali itd.
*** To nie jest powiedzenie, to tytuł książki i filmu na podstawie tej książki uczynionego; zachwyt budzi wielki u przeróżnych jednostek.
**** Powiedzenie lokalne, wymyślone przez sis, funkcjonujące pewnikiem tylko i wyłącznie w społeczności oposów.
Fragmentaryzacja
Jak przystało na prawdziwego Polaka, czego mam nadzieję nie muszę udowadniać, bo rodowodu nie posiadam, muszę od czasu do czasu nawiązać do polityki i ponarzekać jak to jest źle, tragicznie i straszno. A oto Polska właśnie! Ostatnimi czasy pewien profesor zajmujący się doborem lektur do liceów i gimnazjów stwierdził, że dzisiejsza przyszłość naszego narodu, nie jest w stanie przeczytać wszystkich książek, więc aby zaoszczędzić im cierpienia, co zgodne jest jak najbardziej z linią rządową miłości, pokoju, radości i szczęścia, będą teraz ci młodzi, biedni ludzie czytać tylko ich fragmenty.
Fragmentaryczna wiedza, a co za tym idzie fragmentaryczne umiejętności, więc końcowy efekt – fragment pracownika? Nic bardziej mylnego. Wystarczy spojrzeć na to z zupełnie innego punktu – specjalizacji. Wszak wiedza ogólna może być przydatna na początku, gdzieś w okolicach żłobka, kiedy jeszcze nie mamy sprecyzowanych planów, związanych z naszą przyszłością. Jednak gimnazjaliści, a tym bardziej uczniowie szkół średnich nie powinni zawracać sobie głowy mało znaczącymi rzeczami.
Jeśli ktoś widzi siebie w roli “dziennikarza” Faktu czy innego Super Expressu, może skupić się na tych fragmentach książek, gdzie zawarte są wartościowe informacje. Po co czytać wszystko, skoro najważniejsze to to, że “Stójkowy pobił na śmierć młodego, rokującego muzyka”, “Małżeństwo sprzedaje ukochaną kobyłkę, by przeżyć”, “Penelopa nadal czeka na powrót męża z wojny”, “Byłeś w O.? Możesz być zadżumiony, sprawdź to!”.
Osoby zainteresowane studiowaniem biologii, ochroną środowiska i kierunków pokrewnych, mogłyby się skupić na fragmentach dotyczących zwierząt w “W pustyni i puszczy”, jak np. słoniach, co się na ich trąbach Nel buja, czy o mlekodajce Kalego, co jak on zabierze, to dobrze, jak jemu – to źle. Nawet nasza epopeja narodowa zawiera ciekawostki z życia mrówek, poza tym idealnie nadawałaby się jako poradnik grzybiarza. Należałoby też wspomnieć o ziołolecznictwie, z którym niewątpliwe związane są takie osoby jak Maria Konopnicka czy Leopold Staff.
Dla tych, co widzą siebie w naukach technicznych, wystarczającej wiedzy jak i z czego należy i nie należy budować, dostarczyłyby “Bajki robotów” Lema; chaty, łódki, szopki dla kóz to – “Władca much” i “Robinson Crusoe”. Zainteresowani technologiami monitoringu? Nic lepszego jak “Rok 1984″ nie znajdziecie.
Wydawać by się mogło, że takie czysto informacyjne spojrzenie na literaturę może nieść ze sobą obawę nierozumienia najprostszych metafor, niemożność czytania między wierszami, wyciągania wniosków i stawiania pytań o “coś” więcej w życiu niż tylko chleb i igrzyska. Specjalizacja wymaga jednak pewnych ofiar, poza tym, czy naprawdę do szczęścia i radości tak uczonych osób jest to wszystko potrzebne?