Twórcze, odtwórcze, poszukujące
Przyznaję się! Bardzo umiejętnie potrafię zapamiętywać czyjeś teksty i skrzętnie je stosować, zapominając by małym druczkiem dopisać skąd i komu je zwinąłem. Jeśli czytaliście poprzednie moje notki i bywacie na stronach, które mam zamieszczone po prawej stronie, to pewnie niektóre rzeczy wydają się znajome. Sformułowanie “świrów, popaprańców i inszych” czy użycie Bardzo Dużych Liter Na Początku Wyrazów, to nic innego jak niecnie zabrane, przetrzymywane w czeluściach w celu psychicznego złamania, dostosowane do moich własnych mrocznych celów chwyty sis. Z racji tego, że co nieco mam z nią do czynienia w życiu prywatnym, należy wyjaśnić wszem i wobec dlaczego tak a nie inaczej postępuję, i proszę nie łączyć tego z kradzieżą przez nią moich scrobbli na last.fm. Otóż jestem drugim pokoleniem, z tych które udało mi się zauważyć, postępowania z książkami i materiałami dydaktycznymi. O co chodzi?
Dawno, dawno temu, istniał sobie świat bez komputerów osobistych (szokujące, wiem, ale tak głosi legenda i tej wersji się trzymajmy). Za tamtych dziwnych czasów ludzie spędzali czas na pracy, czytaniu książek i tworzeniu swojego własnego świata. Zdawali matury z 12 przedmiotów, pisali na tablicy wzory matematyczne na obydwie ręce i jak tylko się dało, chodzili do kina. To pokolenie, jak mniemam z nudów, bo z czego by innego, tworzyło. Robiono zabawki z drewna i papieru dla swych pociech, ubijano masło i zbierano jeżyny w lesie. Przede wszystkim jednak ludzie ci pisali swoje własne prace i książki, opierając się na swoich spostrzeżeniach, bardzo rzadko korzystając z refleksji innych osób. Mieli czas, to wykorzystywali go maksymalnie.
Wydawałoby się, że sytuacja się zmieniła, że wszystko to co przedstawiłem wyżej odeszło w niepamięć. Nic bardziej mylnego. Bastiony tamtego okresu jednak przetrwały w postaci kierunku filologii polskiej. Na szczęście dla ludzkości i na nieszczęście osób studiujących wspomniany kierunek, niektóre cechy pozostały. Czytanie 50 książek na semestr z jednego przedmiotu, pisanie prac zaliczeniowych – które na innych kierunkach ze względu na swoją objętość spokojnie mogłyby pełnić rolę prac magisterskich, jeśli nie doktoranckich – znajomość ortografii, umiejętność werbalizowania swoich myśli, wyciąganie wniosków i masa innych już nieprzydatnych w dzisiejszym świecie rzeczy. Pokłosie pierwszego pokolenia. Na marginesie : prawdopodobnie trzyma się to wszystko tylko dlatego, gdyż niektórzy naiwni ludzie myślą, że to jest dla nich – nie mają znajomych, myślą, że się będą rozwijać, do kina nie chodzą, a o telewizji nigdy w życiu nie słyszeli – gdy tak naprawdę chodzi o stworzenie rynku zbytu na książki profesorów. Nikt inny poza bibliotekami, a te przecież ustawowo muszą je brać, w życiu nie zainteresowałby się rozważaniami o “wyższości wierszy białych nad rymami częstochowskimi, w oparciu o poezję XIII wieku na terenach północno-zachodniej Polski”.
Pomimo tych masochistycznych jednostek, reszta pokolenia, w tym i ja, zachowuje się normalnie, czyli odtwórczo. Z lubością czytam artykuły o tym, czy ośmiornice mogą być mańkutami, o kwarkach powabnych i tym, że dowiedziono naukowo, że jeśli chce się schudnąć to trzeba jeść mniej. Jednak to nie za bardzo przekłada się na refleksje i na tworzenie czegoś nowego. Raczej opiera się to na wspomnieniu podczas rozmowy, że z czymś takim się zetknęło i przedstawieniu krótkiego, w miarę możliwości dokładnego, streszczenia. Nic poza tym. Przerzucanie się cytatami z Kazika czy Nosowskiej, zapożyczanie od innych (np. wspomniane wcześniej chwyty sis) to chleb powszedni. Właściwie dobrze napisana praca to nic innego jak dobrze sklejone fragmenty innych prac. Tak to już wygląda, nie ma co zaprzeczać, po prostu za dużo zostało napisane, za dużo wniosków wyciągnięto we wszystkie możliwe strony, by teraz o tym zapomnieć i po raz setny pisać o przemianie bohatera literackiego w polskim romantyzmie.
Dlatego właśnie przepraszam za korzystanie z cudzego dorobku, ale tak mnie nauczono, pretensje proszę wysyłać na adres : Ministerstwo Edukacji Narodowej Al. Szucha 25, 00-918 Warszawa.
Na tym można by zakończyć gdyby nie jeden mały brak. Przedstawiłem dwa pokolenia z trzech, więc teraz czas na ostatnie – poszukujące. Jak sama nazwa wskazuje ludzie należący charakteryzują się ciągłym poszukiwaniem : książek koniecznie w wersji elektronicznej (z normalnych bibliotek nie korzystają, bo dla nich to jak legenda o Smoku Wawelskim), poradników lekarskich (bo przecież kto słyszał o lekarzach), a w szczególności przemiłych zwierzątek jakimi są łosie, które z chęcią napiszą za nich prace na język polski czy na maturę. Nie byłoby w tym nic strasznego, wszak jak śpiewa zespół Kombii “Każde pokolenie ma swój czas”, gdyby nie to, co właściwie robić będą ich następcy?
I z tym pytaniem Was zostawię. W następnej notce kilka spostrzeżeń dotyczących fragmentaryzacji, ale nie tej dotyczącej dysków twardych. Udanego długiego weekendu!
Ach to Ty!
Zawładnęło mną. Opętało mój umysł i portfel. Wiosna!
Pomijając konsekwencje natury biologicznej objawiające się ciągłym kichaniem, swędzeniem oczu, zapaleniem spojówek, wykluła się we mnie potrzeba zmian. Postanowiłem wybrać się na zakupy odzieżowe dochodząc do wniosku, że pojawianie się w rzeczach, które pamiętają czas mej młodości durnej i chmurnej, już nie przystoi. Czas odciąć pępowinę i ruszyć w nowy, lepszy czas. Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Poszedłem w dzień wolny, sobotę, poczynić zakupy nowej garderoby, do jednego z bardziej znanych i lubianych lumpeksów w mieście mego studiowania. Wbrew pozorom nie oszalałem całkowicie i zachowując resztki zdrowego rozsądku, przypominając sobie, że fabryki pieniędzy nie mam, kopalnią diamentów i kurą znoszącą złote jajka nie zostałem obdarzony, wybrałem się w odpowiednie miejsce do odpowiednich posiadanych przeze mnie finansów.
Okazało się, że nie jestem jedynym, który wpadł na ten pomysł. Ilość osób przebywająca w środku przerosła moje najśmielsze wizje. Być może było to spowodowane tym, co jak się okazało stali bywalcy lumpeksu tego wiedzą od zarania dziejów, że w sobotę w jednej z dwóch części jest dostawa nowego, świeżego, używanego towaru. Niemniej to co się działo, powinno zostać zakazane przez wszystkie organizacje polskie, światowe i kosmiczne. Aż dziw bierze, że nie zainteresowały się tym do tej pory Amnesty International i Helsińska Fundacja Praw Człowieka – ilość osób przypadających na jeden metr kwadratowy nie spełnia nawet norm więziennych. Przepychanki ludzi, zawody kto szybciej i lepiej wyrwie komuś innemu koszulkę (tutaj wtrącę, że gdyby takie zawody zostały oficjalną dyscypliną olimpijską to mógłbym sobie zrobić zdjęcia z osobami, które z pewnością stanęłyby na podium) osiągały pełnię, teraz rozumiem, dlaczego na ogłoszeniach widnieje napis “dostawa nowego towaru” – wszyscy zachowują się jak narkomani na głodzie.
Skoro jednak dotarłem, próbowałem wyłapać coś, co nie byłoby starą marynarką po wujku dawno zmarłego hipotetycznego dziadka Marcelego, koszulką z napisem “I love punk – Britney” czy koszulą w kratę, która jest społecznie akceptowana li tylko u rasowych informatyków. Po mniej więcej 40 minutach dałem za wygraną. Znalezienie czegoś sensownego wchodziło w rachubę tylko wtedy, gdybym szukał w koszach/wiadrach/torbach ludzi, którzy stali w kolejce do przebieralni. Jednakowoż wizja podkradającego się chyłkiem mnie, niczym miś Yogi do koszyków piknikowych, ostudziła moje zapędy wspomożenia innych w ich walce ze skoliozą, garbem i nadwyrężaniem kręgosłupa poprzez odciążeniu ich z kilku kilogramów ciuchów. Co jak co, ale Judym ze mnie żaden!
Wyszedłem, a że słonko przyświecało dość mocno, prawdopodobnie dostałem jakiegoś mikro udaru. Trafiłem do jednego z bardziej uczęszczanych, przez bananową młodzież, sklepu z ubraniami. Były ciuchy, było w czym wybierać i było nietłoczno! No i wpadłem. Po kilku minutach oglądania rzeczy i bardzo dramatycznego stwierdzenia “co się dzieje z tą dzisiejszą młodzieżą” wybrałem sobie 2 koszulki i jedną parę spodni, nie wyciągając absolutnie żadnego wniosku z mojej refleksji.
Przymierzyłem, spojrzałem w lustro (co ciekawe nawet w miarę dobrze wyglądałem, więc stadnie przebiegały przez mą głowę myśli o odpowiednim ułożeniu przedmiotów i kącie padania światła, w celu zmanipulowania klientami) i poszedłem do kasy. Przekazałem co miałem stojącej za ladą ekspedientce (może ta nazwa to archaizm, ale nie mam bladego pojęcia jak się teraz ta funkcja nazywa, wszak sprzątaczy określa się już konserwatorami powierzchni płaskich, jeśli wiecie, dajcie znać) i naszło mnie kolejne zrozumienie, dlaczego faceci przychodzą do takowych miejsc.
Otóż młoda i uśmiechnięta pani spojrzawszy na moje koszulki w rozmiarze L, skierowała swój wzrok na mnie i rzekła : “Czy one na pewno będą na pana dobre? Przecież pan jest taki duży”. Całe szczęście, że miałem w jednym uchu słuchawkę z ciężką muzyką, bo po usłyszeniu tego na obydwoje uszu jak nic zawstydziłbym się jeszcze bardziej, a moje poliki nabrałyby koloru krwistego befsztyku. I tak zrobiłem z siebie głupka, bo czy – pomijając zachowywanie się jak mały chłopiec, co dostał właśnie swoje Werter’s Original i czuje się jak ktoś naprawdę wyjątkowy – na takie stwierdzenie właściwym jest odpowiedzieć : “nie, nie, nie jestem taki duży”? Męski ród powinien mnie po czymś takim co najmniej wytaplać w smole i posypać pierzem, względnie przykleić mi na plecach kartkę z napisem “żal.pl”.
Muszę jednak wszystkie osoby, które zajmują się komunikacją klient-obsługa, przyciąganiem nowych nabywców, sprawianiem by każdy człowiek czuł się najlepiej tylko tam, przeprosić. Za szybko moja ponowna wizyta nie nastąpi. Pierwszy powód, o którym wspominałem wcześniej, jest dość banalny. Nic co jest w cenie powyżej 30 zł nie jest mi znajome. Drugi powód to taki, by moją wiedzę, wyniesioną z moich Jakże Bardzo Dobrze Rokujących Na Przyszłość Studiów (pozdro sis! ;]), zastosować w praktyce i sprawdzić jak się rzeczy mają w innych sklepach, jak działa obsługa klientów i jak do diaska należy zareagować na teksty tak, by wojujący testosteron nie chciał mnie zlinczować. Tyle a propos zakupów, kobiety, nie wiem jak Wy to wytrzymujecie.
W następnej notce postaram się napisać dlaczego jedna z zaglądających tu kawo-pochłaniaczek, pewnikiem już niebawem, pozwie mnie o naruszanie praw autorskich i niepłaceniu jej tantiem. Tymczasem polecam korzystać z tego, że nie znajduję się w miejscu, gdzie najrozsądniejszym wyjściem jest albo się nie myć, albo korzystać tylko z mydła w płynie, i dać mi możliwość przeczytania waszych komentarzy.
Impact of reality
Na początku kilka słów wyjaśnienia. Nie jest to moja pierwsza bytność blogowa, chociaż mam nadzieję, że będzie to najciekawsza. Wcześniejsze przedstawiały raczej moją tfu!-rczą postać romantycznego nasto-poety szczególnie 4-wersowca, która skryła się jakoś dwa lata temu i na razie wracać nie zamierza. Dla dobra lub niedobra ludzkości pojawiła się wersja stadna, która idąc za głosem różnej maści świrów, popaprańców i inszych skrzywionych jednostek, postanowiła się przyłączyć do wiosennego zewu werbalizowania myśli w próżni zero-jedynkowej. Wszystko w myśl : wszyscy mają bloga, mam i ja!
Zasadę tę zdaje się podzielać liczniejsza grupa ludzi, co za tym idzie moje ulubiona tematyka została już zajęta. Grono osób wynurzających się ze swoimi osobistymi przemyśleniami dotyczącymi ich osobistego życia, osobistych myśli i osobistych osób im bliskich, jest nader liczna bym mógł mą osobistą osobę wprowadzić do tejże swoistej gromadki, w związku z czym tematyka tu poruszana będzie raczej publiczna i nie należy się spodziewać kochania, całusia i słitaśnienia, za co serdecznie tu i teraz przepraszam.
Tyle tytułem wstępu. W następnej notce postaram się napisać o rzeczach dla facetów najbardziej poruszających, czyli zakupach i wielkości. Już niebawem.