Pamiętajcie o ogrodach

Koktajlowy
Tytułem wstępu należy się słowo wyjaśnienia. Chociaż w tej notce miał pojawić się kolejny pomysł na pub – nie pojawi się. Postaram się to wytłumaczyć niebawem, na razie jednak pozostaje mi tylko prosić o wybaczenie. A tymczasem przejdę do zagadnienia głównego.
Jak wspominałem wcześniej, rzuciła natura mi się na umysł. Po dłuższym czasie udało mi przejść się od idei do faktów poczynionych. Jak się okazało, nie wystarczy wsadzić sadzonki do ziemi, by wyhodować czerwone, warzywne dobra. Pomidory są dość kapryśne, trzeba je przenosić z miejsca na miejsce – by odsłonić od wiatru, przyczepić do tyczek – by łodygi się nie złamały pod wpływem ciężaru, podlewać – ale nie przelać, wystawić na słońce – ale nie na długo itd., w skrócie trzeba uczynić takie sisowe przytulić, dać kawy, kupić nowe kolczyki. Wydawałoby się, że to przecież zwykłe ogrodnicze oporządki, prawda jednak okazuje się zupełnie inna.
Pierwszym problem było znalezienie nosiciela-rozpłodnika, który pomógłby w zawiązaniu się owoców. A wierzcie mi, że namierzenie takowego, na 3 piętrze w bloku, w okolicach Biedronki i studium kosmetycznego, przy ruchliwej ulicy i głośnym dość podwórzu, nie należy do zadań łatwych. Po czatowaniu dłuższy czas na latające tałatajstwo, po życiu w ciągłym napięciu, że może kiedyś, że może gdzieś, wziąłem sprawę w swoje ręce. A konkretniej patyczki. Te do uszy.
Ponoć kazirodztwo nie sprzyja dobremu rozwojowi gatunku, a owoce poczęcia takowego są raczej mizerne, ja jednak z pełną determinacją latałem – w zastępstwie tych tałatajstw, które nie raczyły się pojawić – z patyczkami, od kwiatka do kwiatka, wciskając je gdzie popadnie, by tylko udało się przenieść jakieś gamety i by narodziło się nowe życie. Jak się okazało Natura zdaje sobie sprawę, kiedy ktoś nieodpowiedni zabiera się za jej robotę, i by jeszcze perfidniej zagrać mi na nosie, tuż po moim patyczkowaniu, przysłała posiłki w postaci dwóch os. Od tej pory, niemal co dzień, pojawiały się jakieś stworzonka, które hulały sobie w roślinach mych. Niebawem pojawiły się pierwsze zawiązki pomidorów. Jak się okazało, na tym problemy się nie skończyły.

Wtórny
Gdy pierworodny się pojawił, zacząłem bacznie obserwować jego rozwój, odchylać liście i doglądać w pełni. I tak dzień za dniem. Nie wiem, może okazałem się złym rodzicem, może nadopiekuńczym, w każdym razie pierworodny zniknął w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Wybrał wolność, zostawiając na pastwę samotności łodyżkę, z którą od początku życia swego rósł i dojrzewał. Od tej pory nic nie było takie samo. Być może reszta pomidorów poczuła wyrzuty sumienia, bo przestały się dąsać i zaczęły rosnąć jak na drożdżach i niebawem dokonałem pierwszego, komisyjnego zjedzenia koktajlowego.
Po pierworodnym zostało tylko wspomnienie, a jego miejsce zajął wtórny, który budził coraz większe zainteresowanie domowników i gości. W związku z coraz częstszymi pytaniami o możliwość wpałaszowania ich przez gości (wszak jak sami stwierdzali – są gośćmi i mają większe prawa) postanowiłem zabrać wtórnego z ich oczu. Po krótkim pobycie w lodówce, skończył swój żywot na kanapkach. I muszę to stwierdzić, to były najsmaczniejsze kanapki, jakie ostatnimi czasy dane mi było jeść.
Co dziwne, jak dotąd papryka nie sprawiała większych problemów. Może jednak płcie żeńskie są łatwiejsze w wychowaniu? W spokoju i swoim własnym czasie pojawiły się na niej kwiaty, potem – bez użycia patyczków – pojawiły się owoce. Nie grymasiła, nie przeszkadzał jej nadmiar słońca lub jego niedobór. Dzielnie stawała w szranki z wiatrem, opierając się pogodzie bez jakichkolwiek wspomagaczy – jak choćby tyczek podpierających. Czas – a mam nadzieję, że niezbyt długi – pokaże co z tego wszystkiego wyrośnie. Na razie, jak na czerwoną paprykę, jest trochę za zielona, podejrzewam też – wszystko przez to, że sis od czasu do czasu, pozwalała sobie na prowadzenie z nią damskich rozmów – że po osiągnięciu pewnego wieku, zacznie się buntować, a moje marzenie co do przyszłości papryki, zostaną obrócone w pył. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Zresztą warzywa to nie wszystko, czym się zająłem.

Papryka
Udało mi się zamknąć w słoikach płody drzew i krzaków. Chociaż początkowo miałem nadzieję na Fragaria ×ananassa Duchesne, sytuacja na rynku szybko zburzyła moje plany – truskawki w dość krótkim czasie zniknęły ze stoisk. Pozostało mi więc przyjrzeć się innym owocom. Padło na jagody. Na szczęście nie było z nimi żadnych problemów, a po umyciu i wrzuceniu na patelnię z cukrem żelującym, miałem właściwie gotowy dżem. Całej sprawie pomogło też dostarczenie z działek pół wiadra wiśni i tyleż jabłek. Z nimi było już trochę więcej zabawy. Okazało się, że drylownica spełnia bardziej funkcję zabawową – rozpryskiwania wszystkiego na wszystkie strony – niż zwyczajne pozbawienie pestek. Trzeba było więc wrócić do korzeni i obudzić w sobie Amisza. Poszedłem więc po rozum do głowy i widelec do szuflady, i zająłem się wywlekaniem twardych wnętrzności wiśni. Jak można było się spodziewać, poszło to o wiele sprawniej. Na dzień dzisiejszy mam już siedem słoików z dżemami, które to stoją sobie grzecznie w szafce, czekając na gorsze, zimowe czasy.
By tego wszystkie było mało zabrałem się też za nabiał. Krów jeszcze nie posiadam, nie sądzę też by one same jakoś bardzo pragnęły zostać mieszczankami, szczególne, że w panujących warunkach przyblokowych większa jest szansa, że zaczną pić piwo w miejsce wody, a trawę zamiast spożywać kręcąc mordą, zaczną palić. Niemniej coś zrobić trzeba było.
Na pierwszy rzut poszedł kefir, od pewnego jednak czasu tworzenie go nie przysparza mi tyle przyjemności co kiedyś, zwłaszcza, że bez problemu każda osoba z dostępem do sklepu umiałaby go zrobić. Trzeba było więc uczynić kolejny krok. Po porannym przejrzeniu różnych stron i forów internetowych postanowiłem, że wykorzystam skitrane kefiry do znacznie wznioślejszych celów, niż tylko łechtanie moich kubków smakowych. Po powrocie z pracy i odwiedzeniu apteki przystąpiłem do zadania. Wyciągnąłem gar, wlałem do niego kefir i zacząłem podgrzewać. Po pewnym czasie było widać jak grudki białka oddzielają się od reszty płynu. Teraz nie pozostawało nic innego, jak odcedzić, niestety gaza okazała się zbyt mała. Nastąpiła bardzo szybka zmiana na zwykłą ścierkę, rzecz jasna, nie obyło się bez zachlapania połowy kuchni serwatką. Niemniej po kilkunastu minutach, kilkudziesięciu wyciskaniach i tysiącach kropel osiągnąłem sukces. Zrobiłem swój własny twaróg.

Twaróg
W tej chwili nie pozostaje nic innego, jak poczekać aż koktajlowe wystarczająco dojrzeją – co mam nadzieję nastąpi już jutro – by móc je spożyć wraz z owym twarogiem. Potem przyjdzie czas na realizację kolejnych planów: ogórki małosolne oraz masło (by nie było wątpliwości – oddzielnie). Żyć nie umierać.
Na koniec piosenka, którą z pewnością niebawem będę też mógł zaśpiewać, wszak jesień coraz bliżej.
Udanej reszty wakacji.
Heksaedr piankowy
Dla każdej normalnej osoby dzień dziecka przypada 1 czerwca, a że ja ponoć nie należę do tej grupy, toteż przeżyłem swój dzień dziecka 23 dni później, wraz z przybyciem drogą pocztową demo-układanki z http://klocki.ibex.pl/, którą to przesłał mi Maciej Kuś do przetestowania w ramach #flaktest’u – żółte, sześcioelementowe puzzle, wielkością przypominające mały notes. Niby nic wielkiego, ale po pewnym czasie okazało się, że to nie byle co. Może jednak wszystko po kolei.
Początkowo sprawa wydawała się dość banalna, ot złożyć z tych elementów sześcian i następnie rozłożyć z powrotem do wersji 2D. Przystąpiłem więc do pracy i szybko przekonałem się, że nie jest to takie proste. Łączyłem elementy na kilka sposobów, dochodząc nawet do etapu, gdy wystarczyło dołączyć jeszcze jedną ściankę, by kostka była gotowa. Oczywiście okazywało się, że jednak nie pasuje i cała zabawa zaczynała się od nowa. Na całe szczęście nie byłem osamotniony w swojej walce, bardzo gorąco dopingowała mnie sis, oświadczając, że nie dostanę obiadu nim nie ułożę kostki. Kto przy takiej motywacji nie dał by rady? Więc w końcu, po około 10 minutach, udało mi się i przystąpiłem do konsumpcji. Jak się okazało, to był dopiero początek.
Poczułem zew dzieciaka, przypomniało mi się jak budowałem rozmaite rzeczy z klocków lego, przeróżne postaci i przedmioty z tangramu, jak szukałem nowych możliwości połączeń i zastosowań. No i demo-układanka mnie wciągnęła. Wielokrotnie rozkładałem i składałem ją, a to napisami do środka, a to na zewnątrz, wymyślając co jeszcze można z nią zrobić. Ponoć te puzzle pomagają w rozumieniu przestrzeni, nauce geometrii, logicznym myśleniu. Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia czy tak jest, natomiast z pewnością dały mi niemałą frajdę i pobudziły mą już raczej nie pierwszej młodości wyobraźnię. Oto co udało mi się wymyślić, w ramach tej dzieciakowatości :
- Ludek (trochę przypominający mi Transformera, oczywiście jego wcieleniem nie jest żadne auto, tylko kostka)

- Stara studnia, niestety już bez korbki.

- Siedzisko

- Dzieło kubistyczne

- Teatrzyk

- Ludzik do zabawy, jakkolwiek pasuje też tu nazwa człowiek-komórka

- Czesio (proszę wczuć się w dzieciakowatość swą i rozbudzić wyobraźnię, to naprawdę jest Czesio ;] )

- Podstawka pod zimny napój (nie mylić z piwem!). Ponoć stan płynny pianka uzyskuje w temperaturze ok. 160 stopni, więc do ciepłych napoi też by pewnie pasowało. Ale że kawosz ze mnie żaden, toteż nie sprawdzałem

- Skrytka na drobne rzeczy, które chce się przenieść bez obaw, że się zniszczą lub zepsują

- Pojemniczek na spinacze

- Trzymadełko do pędzelka

- Można też użyć tę piankę do zobrazowania jakości polskich dróg

- Ostatecznie użyć możemy jako “żółtą karteczkę”. Na razie nie sprawdzałem, czy łatwo jest zmyć zapiski, ale niebawem to nastąpi (bo w końcu co to za dziecka, co nie pisze po wszystkim, co się da)

Oprócz tego istnieje kilka innych potencjalnych zastosowań. W przypadku zrobienia na końcówkach małych dziurek można zrobić z tego DIY kolczyki w formie sześcianu (zdjęcie 1) lub w formie puzzla (zdjęcie 2). Ta druga wersja daje większe możliwości, bo w ten sposób można uzyskać 3 pary kolczyków, lub mieć 4 zapasowe.


Można również, w odpowiedni sposób (fabrycznie?) pomalować, by po złożeniu wyglądała jak kostka do gry np. w kości lub udawała kostkę rubika. Niestety łatwa ścieralność napisów raczej nie pozwoli na takie zabawy, ale co tam, nie z takimi problemami my dzieciaki sobie radziliśmy. W przypadku nasączenia kostki jakimś aromatem, spokojnie mogłaby pełnić rolę odświeżacza w samochodzie, oczywiście przy założeniu, że posiada dziurkę, a my posiadamy sznureczek. Nie wspominając o wspaniałym magnesie na lodówkę, gdyby oczywiście ramka była magnetyczna. Aż boję się pomyśleć na co mógłbym wpaść gdybym posiadał większy zestaw.
Pozdrawiam posesyjnie. W następnej notce kolejny pomysł na pub i/lub restaurację.
Back to the primitive
Od pewnego czasu zaczynam zauważać u siebie symptomy starzenia się. Potrzeba picia kawy w pracy czy potrzeba drzemki po pracy – to jeszcze mogę zrozumieć. Pierwsze obawy co do mojego zachowania pojawiły się wraz z niechęcią do jeżdżenia z tabunem ludzi woodstockowymi pociągami. Chociaż ma to swoje minusy – niemożność delektowania się smakiem piwa od wczesnych godzin podróżniczych – wolę wybierać się na takie wojaże autem. Szczytem mojego zdziadzienia był zeszłoroczny festiwal w Jarocinie, na który przez trzy dni, co dzień, wybierałem się autem i późnymi wieczorami chyłkiem udawałem się z niego w domowe pielesz i domowy prysznic. Na tym niestety nie koniec, zaczynam odczuwać jakąś bliżej niesprecyzowaną potrzebę jedności z naturą. Cokolwiek dziwną, bo okraszoną sympatią do piwnicy i balkonu.
Sporo czasu temu potraktowałem kilka gruszek i jabłek ciut kwaśnawych cynamonem, cukrem i goździkami, zapewniając im dłuższy termin przydatności pod postacią dżemiku jednosłoikowego. Następnie przyszedł czas na ogórki gruntowe, które to aromatyzowane czosnkiem, chrzanem i koprem zamieniłem w przegrychy małosolne. Żeby tego było mało, zacząłem siać rzeżuchę, kiełkować ziarna warzyw przeróżnych, utrzymywać przy życiu bazylię w doniczce czy upajać cebulę by rosła w górę swą zielenią.Osiągnąłem pierwszy stopień wtajemniczenia amiszowego.
Raz spróbowałem upiec chleb, z mąki pierwszego rodzaju orkiszowej, który to chleb, mimo mieniącej się na złoto skórki ostał się zakalcem. Nie schłodziło to moich zapędów, potraktowałem to jako lekcję pokory cnotliwej i wróciłem do swoich zapędów małorolniczych. Najwyraźniej świat nie był gotowy na moje piekarnicze cele, o czym nie omieszkał poinformować
W tym roku starość ma wypłynęła dżemami, kompotami i sokami. No może jeszcze niezrealizowanych empirycznie, ale objawiających się światłością idei swych i ukierunkowaniem do czego. Od zjedzenia pierwszej tegorocznej truskawki smakowitej zacząłem imać się pracy szpiega i informatora w jednej postaci. Jadąc autobusem, na rowerze czy przemieszczając się w sposób pieszy, ukierunkowuję swe oczęta na ceny tych zacnych darów przyrody i szacuję ile jeszcze czasu minie, bym był w stanie finansowym kupić je w wadze około 50 kg. Wizja jednoczesnego słodzenia i duszenia owych truskawek, traktowaniem ich patelnią gorącą czy zamknięciem w szklanych domach i usadowieniem w bezświetlnych katakumbach naszego bloku daje jakąś dziwną, perwersyjną, sadystyczną przyjemność. Szczególnie, że owoce pracy swej mam zamiar skonsumować gdzieś w okolicach zimy.
Moje starzenie się nie jest tylko związane z chomikowaniem, ale co gorsza z powrotem do korzeni i to w wersji absolutnie niemetaforycznej – zakupiłem sadzonki. Na początek skromnie, bo tylko 3 sadzonki pomidorów i 1 sadzonkę papryki czerwonej, by sprawdzić jak sobie z nimi poradzę i czy świat jest na to przygotowany. W dniu dzisiejszym odwiedziłem sklep ogrodniczy, w którym wymieniłem swe pieniądze na 4 duże doniczki z podstawkami oraz 25l ziemi uniwersalnej. Chociaż balkon zaczął się mienić czarnoziemem, rośliny mają w końcu więcej przestrzeni by rozwijać się, rosnąć i – mam nadzieję – owocować pełnią siebie. Jeśli test rozwoju przejdę pomyślnie, zabiorę się za doniczkowanie ziół przeróżnych. A potem? Kto wie? Całe lato przede mną, a przecież i jagody się zjawią i jeżyny i grzyby.
I chociaż niektóre osoby obawiają się czy aby nie zacznę tworzyć własnego obornika, i chociaż ja obawiam się czy na końcu nie wyląduje w postaci wizerunku u dołu, to muszę jednak stwierdzić, że starość to nie jest taka wielka trwoga.

Kotlety z selera z cebulą
Z czego to popełniłem:
- średni seler
- ziemniaki
- kilka cebul czerwonych
- z 3 garście kiełków rzodkiewki
- suszone śliwki i morele
- jajko
- mleko
- mąka
- musli
- sól, pieprz, pieprz ziołowy, liście bazylii, suszone liście lubczyku, suszony koperek
- piwo
1. Seler obrałem, ziemniaki również. Wstawiłem do gotowania i zająłem się przygotowaniem panierki: jajko rozbełtałem z niewielką ilością mleka w misce, wysypałem mąkę na talerz i na kolejny talerze wysypałem musli. – to wszystko idzie na panierkę! Pokroiłem cebulę w talarki (o wiele lepiej wygląda niż krojone w kostkę!), a kiełki poszatkowałem.
2.W innym garnku zagotowałem suszone śliwki i morele tak, by sok trochę zabarwił wodę.
3.Już podgotowany seler, choć jeszcze lekko twardawy, wyjąłem z garnka i pokroiłem na 0,5 cm (chyba) plastry. Między dwa plastry włożyłem jeden talarek cebuli oraz liść bazylii, tak by przypominało kanapkę. W miarę moich zdolności manualnych obpanierkowałem i położyłem na patelni do smażenia i smażyłem i smażyłem i obracałem i smażyłem i tak do końca.
4. W trakcie smażenia się kotletów, na drugiej patelni poddałem do smażenia ziemniaki (podobnie jak seler, lekko jeszcze twardawe pyry poddałem cięciu na plastry 0,5 cm), cebulę i kiełki. Oczywiście posypałem to mieszaniną przypraw i od czasu do czasu mieszałem. Na koniec, gdy już wszystko było prawie gotowe zalałem wywarem z suszonych owoców z owocami (jedzenia nie można marnować, inaczej przyjdą źli freeganie i nam zjedzą), chwila duszenia i już.
5. Teraz przechodzimy do najważniejszej części. Bierzemy otwieracz lub korkociąg, otwieramy piwo i przelewamy do wcześniej przygotowanego pokala lub kufla, pamiętając by powstała 2-3 centymetrowa piana.
efekt końcowy:
Istnieje również wersja mniej kaloryczna tego dania, pomijamy punkt 1,2,3 oraz 4 i przechodzimy do punktu 5.
Smacznego!
Naleśniki a la trotuar
Z racji nagabywania mnie przez różne jednostki o to, czym właściwie je truję, rozpoczynam nowy kącik żywieniowy. Co pewien czas wrzucać będę informację o tym, co udało mi się przygotować z tego co znalazłem w lodówce i terenach jej przyległych.
Postaram się też poinformować o proporcjach i przyprawach jakie zastosowałem, chociaż osobiście jestem zwolennikiem dodawania tego, co kto lubi i w takiej ilości jak lubi.
Na początek Naleśniki a la trotuar
Potrzebne będą :
- jajka
- mleko
- mąka
- kostka twarogu
- opakowanie pasztetu sojowego z pieczarkami
- kiełki rzodkiewki
- cebula czerwona
- jogurt naturalny
- sól, pieprz, pieprz ziołowy, kurkuma, sproszkowana papryka, liście lubczyku, suszony koperek
- olej
- dobre, schłodzone piwo
1. Na początek przygotowujemy farsz coby sobie ze spokojem postał i się przegryzł. Zaczynamy od wrzucenia do miski twarogu, pasztetu, kiełków. Mieszamy! Dodajemy pokrojoną w kostkę cebulę. Mieszamy! Dodajemy jogurt i (pewnie będzie to zaskoczenie) mieszamy. Dodajemy wszystkie przyprawy poza kurkumą i suszoną papryką. Oczywiście mieszamy, aż do uzyskania czegoś na wzór pasty. Wskazującym palcem bierzemy małą ilość pasty i przenosimy ją do naszego otworu gębowego celem posmakowania. Jeśli smakuje zabieramy się za ciasto na naleśniki, jeśli nie, dodajemy przypraw do skutku.
2. Ciasto na naleśniki przygotowujemy z jajek, mąki i mleka. Mieszamy wszystko w jedną masę i dodajemy kurkumę i sproszkowanej papryki, aż uzyskamy mega pomarańczowy kolor ciasta. Na rozgrzaną patelnię wlewamy olej, a tuż za nim lejemy ciasto. Gdy już mamy w miarę dobrego naleśnika kładziemy na jego połowie (pamiętać, by naleśnik nadal znajdował się na patelni) farsz i rozsmarowujemy. Nieposmarowaną częścią przykrywamy część posmarowaną. Smażymy chwilę i przy pomocy przeróżnych narzędzi próbujemy przełożyć gotowe danie na talerz tak, by nic nie rozwalić.
3. Teraz przechodzimy do najważniejszej części. Bierzemy otwieracz lub korkociąg, otwieramy piwo i przelewamy do wcześniej przygotowanego pokala lub kufla, pamiętając by powstała 2-3 centymetrowa piana. Każdy kawałek naleśnika popijamy piwem.
efekt końcowy:

Istnieje również wersja mniej kaloryczna tego dania, pomijamy punkt 1 oraz punkt 2 i przechodzimy do punktu 3.
Smacznego!
Who writes your rules?
Notka ta miała być o uprzedmiotowieniu, jednak z racji powszechnie panującego dzisiaj święta kobiet będę zmuszony przełożyć wspomniany temat na kolejny raz. Dzisiaj natomiast zajmę się tym co najbliższe dniu kobiet, a mianowicie wynaturzeniami.
Zarówno historia całego dotychczasowego istnienia ludzkości, jak i jej przyszłość jest nieodzownie związana z działaniem zgodnym z naturą i jej prawami. Wstawanie ze wschodem słońca, kładzenie się spać tuż po zachodzie, walka silniejszego ze słabszym o to, kto kogo zje. Przykłady można by mnożyć ale wydaje mi się, że każdy – nawet intuicyjnie – chwyta o co chodzi. Problem w tym, że nikt nie zauważa, że od dłuższego czasu cywilizacja tego globu zaczyna się chylić ku upadkowi. A wszystko to za sprawą działalności kobiet właśnie.
Źle jest w soboty, jeszcze gorzej w dni wolne od pracy. Masa obowiązków spadających w ten czas na głowy i barki (barki szczególnie!) facetów jest przerażająca. Tu bieganie po 10 sklepach w celu znalezienia odpowiedniej wielkości marchewki, tam taszczenie kolejnej bardzo potrzebnej szafki do przedpokoju (bo ta co jest nie pasuje do tapet, które będą kupowane za tydzień). To jeszcze nie jest najgorsze, wszak zdobywanie pożywienia należy do podstawowych czynności każdej istoty żyjącej, a zmysł estetyczny jakby nie patrzeć wyróżnia ludzi na tle zwierząt. Lecz o zgrozo, na tym nie koniec!
Tutaj dochodzimy do misternego planu zniszczenia nas wszystkich, jakim jest sprzątanie (czyli to, do czego przeciętna jednostka płci męskiej zmuszana jest przez kobiety co najmniej raz w tygodniu). Na początek warto zauważyć, że energia potrzebna do podniesienia butów i przestawienia ich “na swoje miejsce” (swoją drogą ciekawe jak czują się buty, którym nie daje się możliwości sprawdzenia gdzie im jest najprzyjemniej, gdzie mogłyby uwić swoje własne gniazdko dobrobytu i szczęścia) powoduje większe nieuporządkowanie wszechświata, niż porządek, który w mieszkanie wprowadza. Czyli de facto porządki są przyczyną jeszcze większego bałaganu (w makroskali najłatwiej zauważyć to na przykładzie czystek w rządzie).
Jeśli ktokolwiek łudzi się, że przecież to go nie dotyczy, czas by przejrzał na oczy. Prawo grawitacji jest jednym z najważniejszych, a jakakolwiek walka z nim jest z góry skazana na przegraną. Postępowe społeczeństwo może mamić wybujałymi ideałami sięgania tam, gdzie wzrok nie sięga, nie dajcie się jednak nabrać. Wystarczy wspomnieć tu historię Ikara, czy nawet – choć może wydawać się zbyt drastycznym – zniszczenie WTC, w końcu każdy wie, że to przez samoloty doszło do tego tragicznego zdarzenia. A samoloty przecież są sprzeczne z naturą, działają wbrew grawitacji, to czego można się było spodziewać? Raczej nic dobrego.
Zejdźmy jednak na ziemię i wróćmy do kwestii sprzątania. Zmęczenie, bóle kręgosłupa, wady postawy, irytacja to w najlepszym przypadku, o najgorszych lepiej nie wspominać. Podnoszenie przedmiotów, kładzenie do przedpokoju, na półki, wynoszenie śmieci, to wszystko niszczy nas i nasz świat. Skoro coś leży to ma leżeć, nie podnośmy tego, nie układajmy, nie sprzątajmy, nie działajmy wbrew grawitacji. To sprzeczne z naturą i czy chcemy tego czy nie, to nas wszystkich niszczy.
Zmianom i wynaturzeniom głośne i stanowcze nie!
Do czego?
Uprzedmiotowienie człowieka to ponoć przejaw ducha naszych czasów. Ja bym się jednak skłaniał do stwierdzenia, że raczej unarzędziowienie jest teraz na topie. Zastanawia mnie czy Heidegger ze swoją narzędziowością właściwie rozpoczął ten proces, czy raczej go w jakiś sposób ukonstytuował. Ale do rzeczy.
Podejście do drugiego człowieka i jego działań na zasadzie “do czego?” ma właściwie miejsce wszędzie i o każdej porze. Pierwszy z brzegu przykład: do budzenia. Ile razy słyszeliście prośby o obudzenie kogoś, chociaż budzik był w zasięgu ręki osoby proszącej? Owszem, argumentacja jest rzeczowa, bo człowieka-budzika* nie da się wyłączyć jednym kliknięciem kciuka, nie wsadzi się go pod poduszkę by wygłuszyć, ani nie da się lekko, szybko i przyjemnie przestawić w tryb drzemki. Do tego człowiek-budzik może zastosować o wiele ciekawsze sposoby budzenia, nie ograniczając się do zwykłych i nudnych sygnałów alarmowych. Właściwie jest to jedna z niewielu okazji, by lekko zwichrowani przedstawiciele branż wszelakich znaleźli hobby, które rozwijałoby ich kreatywność, pomysłowość a przede wszystkim zaangażowanie. Wszak zrywanie się z łóżka o 3 godziny wcześniej niż się planowało, tylko po to by kogoś obudzić, wydaje się być największą formą oddania i poświęcenia. Tylko czy zaspane osoby, które ledwo dają radę jedno oko otworzyć, są w stanie tę niezłomność dostrzec?
Innym przykładem jest do biblioteki. Nie chodzi tu rzecz jasna o zwykłe wysyłanie kogoś do miejsca okupowanego przez studentów i osoby, które nie nadążając za ludzkością nie sprawiły sobie jeszcze 52-calowej plazmy. Okazuje się, że można do tak uroczystego – no i dość karkołomnego – przedsięwzięcia jakim są oświadczyny podejść nie z odniesienia z czego? z miłości, dlaczego? dla pieniędzy, ale właśnie z do czego? do biblioteki będę mogła chodzić i brać książki na Ciebie. Warto też wspomnieć o trochę wyświechtanych rzeczach jak: do garów, do kuchni, do domu!, do pracy!, bo chociaż często poruszane w różnych dyskusjach na temat równouprawnienia i wychowania dzieci, przedstawiane są przeważnie jako negatywne, a wydaje mi się, że jednak dobrze jest na nie spojrzeć z lekkim dystansem i odnaleźć pewne filozoficzne ich piękno.
Tyle z Heideggera, w kolejnej notce o uprzedmiotowieniu z punktu widzenia: prawa konsumenta vs wychowanie potomków.
*W związku z problem adekwatnego przetłumaczenia na język angielski człowieka-budzika, zostałem przy wersji polskiej. Próba wyboru między Alarmman, Alarmclockman i Wakeup!man była ponad moje siły.
Telefony
Idzie wiosna. Temperatura podskakuje powyżej zera, ptaki zaczynają podróże powrotne do Polski, a we mnie obudził się Narodowy Duch Narzekania.
Od dłuższego czasu jestem niekoniecznie szczęśliwym posiadaczem telefonu komórkowego w znanej sieci, która to sieć zaczyna mnie coraz bardziej denerwować. Myślałem, że nasza współpraca będzie odbywać się na zasadach pewnego cichego porozumienia, polegającego na tym, że nie będziemy sobie wchodzić w paradę. Z mojej strony oznacza to płacenie tego co mi wyliczą, a z ich, że nie będą mi zawracać głowy jakimiś bzdurami. Niestety, coraz częściej to ciche porozumienie jest łamane.
Ze średnią co najmniej raz na dwa dni zostaję obrzucony w postaci esemesowej Wspaniałymi Ofertami, Które Koniecznie Mieć Muszę. Nie wiem kto jest odpowiedzialny za polecanie nowych ofert użytkownikom telefonów, ale wydaje się być ona osobą, która nie posiada zbyt wielkiego doświadczenia w kontaktach towarzyskich, podejrzewam nawet, że nie ma w ogóle jakichkolwiek znajomych. Świadczy o tym fakt, że z taką częstotliwością wysyłane są te oferty, że normalny człowiek nie miałby czasu na cokolwiek innego. Do tego propozycje muzyczne ustawiane zamiast zwykłego, nudnego sygnału czekania dają do myślenia jak bardzo ta osoba tęskni za spotkaniami z ludźmi twarzą w twarz – utwory ewidentnie mają odstraszać potencjalnych dzwoniących, a skoro ktoś się musi skontaktować, to zrobi to live. Pory dnia, kiedy otrzymuję te oferty sugerują, że jest to jakaś bardziej zakrojona akcja – która prawdopodobnie odbywa się pod hasłem “Zauważ mnie!” – niestety nie najlepiej zorganizowana. Owszem, esemesy, które budzą mnie wcześniej niż budzik rzeczywiście zapadają mi w pamięć, jednak od razu otagowane są najczęściej używanym określeniem na Legię Warszawa.
Na tym nie koniec. Sieć stara się zmieniać rzeczywistość, ale nie w taki zwykły i banalny sposób “na lepsze”, idą raczej w kierunku obalenia podstawowej zasady rządzącej tym światem, prawa niesprzeczności. Okazuje się bowiem, że darmowe rozmowy/esemesy/minuty są płatne. Do końa nie wiem jak to ma właściwie wyglądać, na studiach nie mieliśmy logiki nieklasycznej, najwyraźniej oni mieli i wprowadzają to w czyn. Niestety za wysokie to progi rozumowe dla mnie, za wysokie.
W środę ma do mnie dzwonić pani z przedstawieniem kolejnej, specjalnie dla mnie przygotowanej i jedynej w swoim rodzaju rewelacyjnej oferty. Czuję się kochany.
Zoo
Trochę czasu minęło od ostatniej notki, na szczęście lub nieszczęście [niepotrzebne skreślić] czytelników – wróciłem. Z racji tego, że nastał kolejny rok, a ja niejako niczym buc nie złożyłem wszystkim życzeń z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Sylwestra, by zadość uczynić i na wypadek wszelki, chciałbym tu i teraz i na zawsze życzyć wszystkiego najlepszego na Święta oraz na Nowy, 2010 Rok. I tak jak Kryszak w 1998, mam nadzieję, że jestem pierwszy.
Skoro już o Bożym Narodzeniu mowa, to zastanawia mnie odwieczny problem wynajdowania prezentów. Rozumiem, że osobom obcym lub też przeraźliwie bogatym trudno jest wymyślić coś, co by pasowało i – szczególnie w drugim przypadku – coś, czego jeszcze nie mają. Niestety problem ten dotyczy też osób bliskich, bliższych i najbliższych, którzy z niewiadomych powodów co rok popełniają te same błędy, sprawiając innym straszne prezenty i oczekują jeszcze radości i uśmiechu na twarzy obdarowanych. Jeśli ktoś nie wie, o jakich prezentach mowa, przedstawiam listę:
- skarpetki – nie ma nic gorszego. Zuo wcielone, prawie jak Woodstock.
- swetry – szczególnie te w romby, mistrz jest tylko jeden!
- perfumy – a najbardziej w zestawie z żelami, balsamami, kremami i innymi produktami “muszę to wetrzeć, bo inaczej nikt mnie nie będzie kochać”
- książki Coelho – z materiałów o tautologiach polecam jednak Batoga
A przecież nie jest tak trudno wyszukać czegoś całkowicie niepotrzebnego, ale za to zabawnego lub chociaż ciekawego: wytatuowane rękawy, zegar binarny czy papier toaletowy Sudoku, a przecież to dopiero początek. Przy podarowaniu, chociażby takiego chomika na USB, daje się możliwość zrealizowania własnego biznesu. Wystarczy, by obdarowany osobnik stworzył sam lub też zakupił inną elektryczną zwierzynę i otworzył swoje własne mini ZOO USB.

MechaZOO byłoby idealnym miejscem na wycieczki podczas zimy, kiedy to większość osób ma problemy z samym wynurzeniem się spod ciepłej kołdry, nie wspominając o ciężarze wędrowania przez kilka godzin w śniegu, w poszukiwaniu zwierząt, które i tak zapadły w sen zimowy. A co z alergikami, którzy na sam włos takiej przykładowo żyrafy dostają wysypki i ataku astmy? Gdzie indziej, jak nie do tego ZOO mogliby chodzić? Do tego osoby z różnymi fobiami miałyby możliwość poobcowania z braćmi mniejszymi, które byłyby całkowicie niegroźne.
Nie polecałbym jednak kupować maskotek o kształcie mikrobów odpowiedzialnych za choroby. Z ich wielkimi oczami i sympatycznym wyglądzie trudno by było myśleć o leczeniu i połykaniu witamin i antybiotyków, bo to przecież zabić może te przemiłe stworzonka. No chyba…. że dla sadystów.

